TERESA GRZYBKOWSKA

 

SZTUKA I CODZIENNOŚĆ

 

Treść artykułu: Wstęp, Sztuka i racjonalność, Sztuka i bunt, Sztuka i technika, Sztuka i fizjologia, Sztuka i przemoc, Sztuka i śmierć, Zakończenie.

 

„Maluję przedmioty tak jak o nich myślę, a nie tak jak je widzę.”

Pablo Picasso

 

    Artyści towarzyszą niemal wszystkim wielkim odkryciom ważnym w codziennym życiu człowieka. Z wynalezionego przez Fenicjan szkła, udoskonalonego w Wenecji, wytwarzano przedmioty praktyczne, butle, kielichy, czary, ale także piękne kolorowe naczynia, wreszcie szyby i cudowne witraże. W końcu światło elektryczne zamknięto w kulistym szkle. Żarówka spełniała rolę słońca, rozjaśniającego ciemności nocy i tak jest do dzisiaj.

 

   Działający na przełomie XV i XVI stulecia boski malarz Leonardo da Vinci, ale przede wszystkim wielki konstruktor i wynalazca, narysował prototyp roweru, czołgu, łodzi podwodnej, maszyny latającej. Z tych pomysłów zrodziły się samochody, samoloty i wozy pancerne oraz rower, który pozostał najbardziej związaną z człowiekiem maszyną komunikacyjną, poruszaną jedynie siłą mięśni.

 

   W XVII wieku, zwłaszcza w Holandii, rozpowszechniła się w pracowniach malarskich camera obscura i z niej właśnie powstały urządzenia, z których narodziły się aparaty fotograficzne, kamery filmowe, kino i w końcu telewizja. Media te w XX i XXI wieku najsilniej kształtują rzeczywistość dnia codziennego w każdej niemal dziedzinie, zwłaszcza mody, obyczaju, gustów artystycznych, kuchni.

 

   Pomysł leonardowskiej maszyny latającej zrealizowano u progu modernizmu. W 1909 roku Louis Bléroit przeleciał Kanał La Manche. W roku 1927 na małym samolocie „Spirit of Saint Louis” Charles Lindbergh odbył swój samotny lot przez Atlantyk z Nowego Jorku do Paryża. Do dziś wzrusza ten samolot w National Air and Space Museum, co przetłumaczyć można jako Narodowe Muzeum Lotnictwa i Przestrzeni Kosmicznej w Waszyngtonie. Był to nade wszystko wyczyn szaleńczej odwagi, tym większej, że ów samolocik pozostawiał pilotowi bardzo ograniczone pole widzenia. W tym samym muzeum znajduje się pojazd kosmiczny, w którym pierwsi ludzie osiągnęli Księżyc w lipcu 1969 roku. W ten sposób Amerykanie spełnili marzenie starożytnego artysty i wynalazcy Dedala. Właśnie w związku z lotem na Księżyc wymyślono telefon komórkowy, umożliwiający porozumiewanie się między astronautami.

 

   Samolot, internet i telefon komórkowy odmieniły życie codzienne człowieka w sposób zasadniczy. Pozwoliły na dotąd niewyobrażalnie szybkie pokonywanie przestrzeni, błyskawiczne przekazywanie informacji, również tych związanych z działalnością artystyczną. Już niewielu ludzi potrafi funkcjonować bez telefonu komórkowego. Pozwalający na porozumienie ponad reżimem, w dłoni kobiety stał się ostatnio symbolem rewolucyjnych przemian w Iranie i takie zdjęcie obiegło prasę całego świata.

 

   Te wszystkie nowości w życiu możliwe stały się w ogromnym stopniu dzięki modernizmowi. Artyści tego nurtu nie widzieli przeszkód ani w sposobie myślenia ani działania. Istotna stała się nieustanna prowokacja i przekraczanie wszelkich granic. Początek wieku XX przyniósł rewolucyjną zmianę w nauce, polityce, sztuce. Artyści pragnęli sprostać nowemu naukowemu widzeniu świata bogatszego o teorie względności Einsteina, odkrycie radu przez Marię Curie Skłodowską, badania Freuda i Junga penetrujące tajemnicę ludzkiej psychiki, wreszcie krwawe doświadczenia rewolucji rosyjskiej 1905 i 1917 roku. Kubiści, ekspresjoniści, futuryści, dadaiści, surrealiści zmienili nieodwracalnie świat malarstwa, rzeźby, architektury, filmu, rzemiosła artystycznego, mody.

 

   W latach 20-tych XX wieku Coco Chanel odmieniła życie milionów kobiet na całym świecie, narzucając swój styl. Po raz pierwszy kobiety masowo zaczęły nosić krótkie włosy, krótkie wygodne stroje z miękkich tkanin, rewolucją była też moda spodni dla kobiet. Już w pierwszej połowie XIX wieku George Sand gorszyła Paryżan spodniami noszonymi zamiast bufiastych długich spódnic, które praktycznie uniemożliwiały chodzenie po ulicach tonących w błocie jeszcze przed Haussmanowską przebudową. Chanel, pierwsza kobieta – kreatorka mody na ogromną skalę - wylansowała sztuczną biżuterię, którą sama nosiła razem z biżuterią prawdziwą. Ona rozpowszechniła modę na sznury pereł, teraz ograniczone na ogół do jednego, małego sznurka noszonego przez kobiety na całym świecie, jako wyrazu elegancji i dobrego gustu. Chanel odcisnęła piętno swojego stylu w modzie całego świata po dzień dzisiejszy, niezależnie jakim ekstrawagancjom ta moda ulegała przez ostatnie sto lat.

 

   Modernizm panujący od początku XX wieku do niemal połowy stulecia, przeszedł w fazę postmodernizmu i sztuki przełomu tysiącleci zwanej Art Now. Zmiany jakie modernizm wprowadził w mentalności ludzkiej były fundamentalne. Odrzucono piękno i miłość na rzecz brutalnego seksu i przemocy. Wystarczy przypomnieć prozę Georges'a Batailla i Jeana Geneta, Henryka Manna, operę Alana Berga „Lulu”. Ogromna rolę spełnił też film.

 

   Bulwersujące publiczność w latach dwudziestych filmy „Złoty Wiek” i „Pies andaluzyjski” Buñuela i Salvadora Dalego stały się, podobnie jak pierwsze filmy grozy o demonicznych postaciach, doktorze Caligari, Frankensteinie i Drakuli, prototypami dzisiejszych thrillerów. Spadkobiercami owych pierwszych filmów grozy jest wiele utworów współczesnego kina jakby kulminującego w niedawnym „Antychryście” Larsa von Triera, filmu epatującego seksem i lękiem przed śmiercią. Artysta starał się wyeksponować rzeczywistość psychiczną, niewidzialną, wkraczającą w świat groźnej, przerażającej podświadomości. Wszystko staje się możliwe w świecie irracjonalnych emocji. Wręcz wstrząsające relacje miedzy filmem a polityką ujął przed 50 laty filmolog i socjolog Siegfried Kracauer w studium „Od Caligariego do Hitlera”. W błyskotliwej analizie wykazał jak mroczne filmy Friedricha Murnaua i Fritza Langa wyrażały lęki i obsesje ówczesnych Niemców, które niebawem przerodziły się w koszmar hitleryzmu.

 

   Mówiąc w wielkim uproszczeniu, od czasów starożytnych po drugą połowę XIX wieku, artyści starali się odtwarzać świat takim, jakim go postrzegali, więc chcieli jak najwierniej oddać piękno i dobro, doskonałą anatomię postaci ludzkiej oraz idealizowany pejzaż. Impresjoniści pierwsi na szeroką skalę porzucili portretowość rysów i sylwetki na rzecz gry światła, ogólnego wrażenia. Otworzyli pole manewru dla dalszych deformacji, fowistycznych, ekspresjonistycznych, futurystycznych, kubistycznych, dadaistycznych, surrealistycznych i wszelkich innych. Wydaje się, że pomysłowość artystów w zastępowaniu Pana Boga nie ma granic. I w rezultacie okazało się nieprawdziwe przypuszczenie Immanuela Kanta, na którego poglądy teoretycy sztuki często się powoływali. Kant uważał, że w przeciwieństwie do nauki, sztuka ma swój kres, wyznaczoną granicę, której nie można przekroczyć. Wedle Kanta sztuka się nie rozwija, choć zawsze posiada jakiś cel. Z perspektywy doświadczeń XX wieku, możemy powiedzieć, że dzięki modernistycznym artystom stale zmienia się nasze rozumienie sztuki i coraz to nową rolę spełnia ona w naszym życiu. Tylko czy nadal mamy do czynienia ze sztuką, czy już z inna formą ludzkiej aktywności?

 

   Sztuka jest coraz bardziej dostępna, prawie każdy, kto tego pragnie może sobie pozwolić na wizytę w niegdyś elitarnych muzeach, wielkich galeriach Europy i Ameryki. Ale z drugiej strony większość pracujących ludzi na świecie cierpi na stały brak wolnego czasu i pożerający swobodę myślenia pośpiech. Nawet uprzywilejowani wykonujący zawody intelektualne narzekają na niemożność przeciwstawienia się wszechogarniającej szybkości. Ludzie szybko chodzą, szybko jedzą, źle znoszą oczekiwanie, nie maja czasu na ciszę i kontemplację, ale są coraz to lepiej wyposażeni w sprzęt techniczny, którego atrakcje nie pozwalają na samotność, bo ta przeraża. Ogólny chaos i zamieszanie dezorientuje, człowiek traci instynkt szczęścia na rzecz powierzchownych przyjemności. W tej sytuacji sztuka musi przesyłać szybki, łatwo zrozumiały komunikat lub szokować, by na moment zatrzymać biegnącego fizycznie i duchowo człowieka, który dostrzega jedynie zjawiska łatwe, nie nastręczające kłopotów w odbiorze, nie wymagające wysiłku i refleksji.

 

   A zaczęło się tak niewinnie. W 1863 roku w Paryżu, grupa malarzy w proteście przeciwko werdyktom oficjalnego corocznego „Salonu”, wystawiła swe obrazy w „Salonie Odrzuconych”. Artyści ci programowo porzucili boginie klasyków, arystokratyczne pasterki romantyków, baśniowe egzotyczne haremy, metafizyczne pejzaże, bezpieczeństwo biedermeierowskiego dostatku. Édouard Manet i Gustave Courbet, każdy w inny sposób, pragnęli by ich malarstwo pokazywało codzienność, życie zwykłych ludzi.

 

   Courbet malował niemal fotograficzne obrazy: „Kamieniarze”, „Dziewczyny nad Sekwaną”, „Sen”. W tym ostatnim ukazał pogrążone we śnie dwie przytulone do siebie nagie piękne kobiety. Swoje erotyczne credo zawarł, w po dziś dzień odważnym i szokującym, niewielkim obrazie „Początek świata”. Courbet, był w zakresie erotyki zwiastunem przemian, bowiem w sztuce XX wieku mocny seks będzie jednym z głównych tematów malarstwa, grafiki, filmu.

 

   Tematy zaczerpnięte z codzienności stały się programowym tworzywem płócien Édouarda Maneta. Jego obrazy, jak np. „Pijak”, „Śniadanie na trawie”, „Bar w Folies Bergère”, bulwersowały pozbawionymi pruderii tematami i „niedopracowanym” sposobem malowania. Impresjoniści poszli dalej, zacierali kontury ludzi i przedmiotów na rzecz wrażenia, a przede wszystkim światła, które stało się głównym bohaterem obrazu. Tak malował przede wszystkim Claude Monet. Jego „Nenufary” zachwycają nas dzisiaj niemal abstrakcyjną ekspresją.

 

   Artyści sięgali po tematy dosłownie wzięte z ulicy. Henri de Toulouse-Lautrec poszedł wówczas najdalej w konsekwentnym przedstawianiu życia prostytutek, najbardziej pogardzanych przez burżuazyjne społeczeństwo istot, dając w swej sztuce przejmujący obraz ich tragicznego życia. Ten temat na stałe wejdzie do sztuki. Wybór artysty można zinterpretować jako jeden z pierwszych przejawów feminizmu. Wcześniej Manet w „Śniadaniu na trawie”, obok dwóch ubranych mężczyzn, brata artysty Gustawa i jego przyjaciela, pokazał nagą Victorine Meurent. Kobietę tę w literaturze przedmiotu uznano za prostytutkę, a w rzeczywistości była profesjonalną modelką, malarką, intelektualną przyjaciółką Maneta. Pozowała również do jego obrazów „Olimpii” i „Śpiewaczki ulicznej”.

 

   Tej niezwykłej kobiecie poświęciła książkę Eunice Lipton, wydaną w 1992 roku. Udowodniła w niej, że Maneta „Śniadanie na trawie” z 1863 roku jest dziełem feministycznym. Na obrazie widzimy nagą, niezależną kobietę siedząca obok dwóch odzianych mężczyzn. Śmiałe spojrzenie modelki studzi męskie pożądanie, jej postać wprowadza element niepokoju bowiem burzy stereotyp biernej kobiecości, nie spoufala się z widzem, jej seksualność należy wyłącznie do niej samej. Ciekawe jakby na ten obraz zareagowała sufrażystka angielska, która w 1914 roku pocięła nożem „Wenus” Velazqueza w londyńskim National Gallery, uznając obraz za obrażający godność kobiety. Czy dostrzegłaby inną postawę modelki Maneta wobec świata mężczyzn? Odwrócona plecami do widza modelka Velazqueza ma odbitą w lustrze anonimową twarz wszystkich kochanych kobiet świata, podczas gdy modelka Maneta nosi konkretne rysy wybranej kobiety wyrażającej pełną aprobatę na całkowite obnażenie.

 

   Kolejnym obrazem będącym ważnym etapem w sposobie codziennego myślenia o kobiecie, a nawet pewnego rodzaju manifestem feministycznym, były Picassa „Panny z Avignon”, pomyślane jako hołd złożony Toulouse-Lautrecowi. W tym obrazie Picasso dokonał prawdziwej rewolucji. Przede wszystkim w sposób programowy i ostentacyjny zerwał z trwającą dwa i pół tysiąca lat tradycją grecko-rzymsko-renesansową wielbiącą harmonijne piękno ludzkiego ciała. Na tym obrazie Picasso kubistycznej deformacji poddał trzy kobiety i chyba jednak dwóch mężczyzn – marynarza i studenta – najczęstszych klientów burdeli. Dla kompozycji sceny w domu publicznym artysta wybrał, pojawiającą się często w malarstwie dawnym, historię „Sądu Parysa”, nadając mitowi nowe ironiczno-persyflażowe znaczenie. Artysta zastąpił boginie dziewczynami z domu publicznego z ulicy Avinyo w Barcelonie. Picasso często je spotykał, nie tylko nocą, mieszkał bowiem niedaleko, kupował farby w pobliskim sklepie z przyborami malarskimi.

 

   Ten obraz był tak szokujący i rewolucyjny, że długo nie odważono się go publicznie pokazać. Namalowany w 1907 roku, wystawiony został dopiero po kilku latach. Dramatyczne, kubistyczne obrazy Picassa oraz krańcowo różny w temperamencie śmiały, zmysłowy początkowo fowistyczny koloryt Matissa zmieniły sposób dostrzegania otaczającego świata. Kolejnym przełomem w sposobie patrzenia na tragedię jaką niosą ludziom wojny była „Guernica” Picassa. Wówczas okazało się, że kubizm został jakby wymyślony po to, by pokazać ruinę świata, destrukcję jaką niesie przemoc. Dnia 26 kwietnia 1937 baskijskie miasto Guernika po nalocie hitlerowskich samolotów zamieniło się w kubistyczną kupę gruzów. Tak ukarani zostali jego mieszkańcy za sprzeciw wobec dyktatury generała Franco.

 

   Już pierwsza wojna światowa zmieniła diametralnie relacje międzyludzkie. Niemieccy ekspresjoniści, a wśród nich Otto Dix, pokazali marność ludzkiej egzystencji, zredukowali ją do fizycznego cierpienia zmasakrowanego jak zwierzęce ciała, zasługującego tylko na wzgardę. Miłość zastąpiła prostytucja i szeroko pojęta pornografia przemocy. Futuryzm, dadaizm, surrealizm wyrosły na gruncie buntu wobec istniejącego porządku rzeczy. Artyści chcieli zniszczyć wszystko, co pozytywne, więc nie tylko miłość, ale i będące wyrazem pozytywnych emocji muzea, wykazać niedorzeczność ludzkich działań niewiele więcej wartych niż dziecinne słowo „dada”, po francusku oznaczające drewnianego konika.

 

   Jeden z rysunków André Warnod pokazuje „Wenecję po futuryzmie”. Nad Serrenisimą unoszą się cepeliny i dymią kominy fabryczne. To jedna z koszmarnych wizji futurystycznych. Surrealiści deklarowali zniesienie granicy między tym, co rozumne, a tym, co fantastyczne. Dążyli do stworzenia lepszego świata niż ten zastany, pragnęli osiągnąć swój cel na zasadzie wolnych skojarzeń i podświadomości, w malarstwie dokumentowali to, co widzieli, stąd wielka rola fotografii w ich sztuce. Chcieli anarchii we wszystkich dziedzinach, zerwali z wszelką tradycją, atakowali każdy autorytet. Jak daleko posuwali się w swych fantazjach dobrze wyraża postulat autora ich manifestu André Bretona: „Najlepsze działanie surrealistyczne polega na wyjściu z rewolwerem na ulice i strzelaniu do tłumu. Każdy kto nigdy nie odczuł chęci rozprawienia się z tą straszną zasadą poniżenia i ogłupienia, najwyraźniej należy do tego tłumu, a jego brzuch powinien znaleźć się na linii ognia”.

 

   Postulat ten, od czasu napisania tych słów, z nawiązką został spełniony, codziennie doświadczamy niezwykle boleśnie przejawów terroryzmu w każdej postaci. Epatuje nim nader często życie, film, literatura, malarstwo, estrada, nawet moda. Egzystencjalny, intelektualny wybryk stał się ponurą rzeczywistością.

 

   Dawny porządek świata dosłownie legł w gruzach, artyści sprostali temu wezwaniu nowej rzeczywistości. Meret Oppenheim w 1936 roku pisała: „Wolności się nie dostaje, trzeba ja wywalczyć”. W tym roku stworzyła najsłynniejszą swoją pracę „Filiżankę, spodek i łyżeczkę pokryte futrem”,  nazwane przez Bretona „Futrzanym śniadaniem”, w ironicznej opozycji do sławnego „Śniadania na trawie” Maneta. Aprobata surrealistów dla tej pracy, wynikała z pełnego spełnienia przez Oppenheim kolejnego postulatu Bretona, wyrażonego w jego eseju „Kryzys przedmiotu”. Poeta nawoływał , by przedmiotom codziennym nadać inną funkcję, ukatrupić bestię nawyku, wywołać poczucie absurdu i zaskoczenia.

 

   Od tej pory artysta nie czekał na aplauz publiczności, lecz chciał widza sprowokować, spowodować wybuch gniewu lub śmiechu. W wypadku pracy Oppenheim stała się rzecz charakterystyczna dla dalszych losów dzieła i twórcy w XX wieku. Sama artystka nie przywiązywała takiego znaczenia do tej kompozycji powstałej w wyniku rozmowy z Picassem w paryskiej kawiarni, a dotyczącej roli kawiarni jako miejsca artystycznych spotkań. Filiżankę z futra pokazano na pamiętnej wystawie nowojorskiej „Sztuka fantastyczna, dada i surrealizm” w 1936 roku, wówczas Alfred H. Barr kupił ją dla Museum of Modern Art. Ten dziwaczny i absurdalny pomysł, jednych zachwycał, innych oburzał i to było ważne, od tej pory w sposób istotny wzrosła rola marchandów i krytyków sztuki, którzy stali się w końcu XX wieku bohaterami „ spisku sztuki”, tak wnikliwie zdemaskowanego, bądź zanalizowanego przez Jeana Baudrillarda.

 

   Wystawa, zorganizowana w 2006 roku w paryskim Centre Pompidou, zatytułowana „Dada”, udowodniła jak silną i trwałą pożywką dla artystów, na długie dziesięciolecia, stały się absurdalne, szalone pomysły surrealistów i dadaistów. Mistrzem intelektualnej dekonstrukcji, która zadecydowała o obliczu sztuki następnych dziesięcioleci XX stulecia był Marcel Duchamp. Sztukę renesansową tworzyli głównie Włosi, reprezentowani przez trzech geniuszy: Leonarda da Vinci, Rafaela i Michała Anioła. Wiek XX należał do Hiszpanów i Francuzów, geniuszami tego stulecia byli: Pablo Picasso, Salvadore Dali i Marcel Duchamp. Sztuka Picassa i Dalego obdarzyła świat rewolucyjnymi formami i nieograniczoną niczym wyobraźnią, często jednak ujętą w formę klasyczną. Dali był wielbicielem Rafaela i nauk ścisłych. Zarówno Dali jak i Picasso znaleźli wielu naśladowców. Natomiast Duchamp wycisnął nieodwracalne piętno na sposobie myślenia nie tylko o sztuce, ale i życiu. Nie było rzeczy niemożliwych od momentu, kiedy w 1914 roku wniósł do galerii pisuar, następnie koło rowerowe, a potem suszarkę na butelki. Tą prosto ze sklepu przyniesioną muszlę klozetową nazwał „Fontanną” i oświadczył, że tylko artysta decyduje o tym, czy dany przedmiot jest dziełem sztuki.

 

   Duchamp chciał porzucić mit artysty jako twórcy i dowiódł, że do rangi dzieła sztuki można wynieść przedmioty codziennego użytku produkowane masowo, rzeczy gotowe –„ready made”. Tylko artysta podejmował decyzję co ma być tym dziełem sztuki, więc Duchamp umocnił, nie osłabił mityczną, demiurgiczną rolę twórcy. Po niespełna dekadzie Kurt Schwitters sformułował wszechwładzę artysty w dosadnych słowach „wszystko co wypluje artysta jest dziełem sztuki”. Konsekwencji tego zdania nie można przecenić. Stało się ono programem wielu, Tomek Kawiak zrozumiał myśl dadaisty dosłownie, wysyłając na wystawy swoją plwocinę.

 

   Niemal wszystko, co wystawiał Duchamp było prowokacją. Skandal, który zawsze łączył się z działaniami dadaistów stał się na dziesiątki lat dewizą artystów, którzy pragnęli widza sprowokować, zaskoczyć, oszołomić, zadziwić, oburzyć, epatować brzydotą, wstrętem, bezcześcić, a nade wszystko wykazać swoje lekceważenie dla sztuki dawnej, zwłaszcza wielbionych arcydzieł. Obok owej „Fontanny” drugim przełomowym dziełem gotowym, które spowodowało fundamentalne konsekwencje w sposobie myślenia o sztuce, było wyszydzenie arcydzieła kultury zachodniej, powszechnie podziwianej „Mona Lisy” Leonarda da Vinci.

 

   W 1919 roku Duchamp na kolorowej reprodukcji tego obrazu domalował kobiecie wąsy i bródkę, i dopisał tajemnicze litery L.O.O.Q., które czytane po francusku oznaczają „Elle a chaud au cul” czyli ona ma gorący tyłek, lub ona ma ogień między nogami, czyli jest seksualnie rozpalona. Ten wulgarny komentarz w odniesieniu do uświęconego arcydzieła był wówczas szokujący. Dzisiaj nikogo nie dziwi, co dowodzi ogromnego sukcesu idei dadaistycznych, fundamentalnych zmian w kulturze codziennego myślenia nie tylko o sztuce, ale i całym świecie wartości. W programowym bezczeszczeniu uznanych wartości Duchamp znalazł wielu naśladowców od dadaistów, po dzień dzisiejszy, wystarczy i spojrzeć choćby na polskim gruncie, prace Katarzyny Kozyry i Doroty Nieznalskiej.

 

   Malarstwo, rzeźba, grafika, muzyka, literatura, to „sztuki czyste”, natomiast architektura i rzemiosło artystyczne spełniają głównie funkcje użytkowe. Przekraczający wszelkie dotychczasowe normy w myśleniu artyści, ale i zwykli ludzie przez nich uwiedzeni, chcieli mieszkać w innych niż dotychczas domach. W całej Europie, Gombrowiczowscy Młodziakowie, mieli takie same potrzeby zmian, nie tylko mentalnych, ale i codziennego otoczenia. W różnych krajach budowano odmiennie, po nowemu, często w oparciu o lokalną tradycję.

 

   Symbolem nowych czasów były amerykańskie drapacze chmur, świątynie kapitalizmu, wznoszono je zwłaszcza w Nowym Jorku i Chicago, najsłynniejszy z nich liczący niemal 230 metrów wysokości Woolworth Building w Nowym Jorku stanął w 1913 roku. Drapacze chmur, symbol amerykańskiego dobrobytu, budowano również w Moskwie i innych miastach objętych władzą sowiecką. Taką genezę miał warszawski Pałac Kultury.

 

   W Niemczech początki modernizmu były odmienne, tu monumentalne formy nadawano fabrykom, nowym „świątyniom mocy”. Takie powstawały w Berlinie, a ich fasady przypominały świątynie greckie, jak ta w Paestum.

 

   Gdy w Ameryce wznoszono drapacze chmur, we Wrocławiu Hans Peltzig, w 1913 roku skonstruował ekspresjonistyczną, potężną, żelbetonową „Halę Stulecia”, o gigantycznej szklanej kopule, wówczas największej na świecie, mającą uczcić setną rocznicę zwycięstwa Niemiec nad Napoleonem. Ten budynek, jak i wielki „Teatr dla pięciu tysięcy” zbudowany dla Maxa Reinhardta, wyrażał iście nietzscheańską „wolę mocy”. Była to przestrzeń bez podziału na scenę i widownię, egalitarne, wszystkie miejsca były w jednakowej cenie. Dzisiaj stanowi doskonałą scenografię dla wystawianych tam oper Wagnera.

 

   Tworząc to silnie przeszklone kopułowe wnętrze, Peltzig był pod dużym wpływem Brunona Tauta, twórcy „mitologii szkła”. Taut wierzył, że szklane budowle zmniejszą zło na świecie, „kolorowe szkło niszczy nienawiść” - pisał zaprzyjaźniony z architektem poeta Paul Scheerbart.

 

   Architektura ekspresjonistyczna dowodziła wielkiego wpływu myśli Nietzschego, wyrażającej dionizyjskie upojenie nadczłowieka spełniającego się w owej „woli mocy”, będącej stanem emocjonalnego dynamizmu. W malarstwie doskonałym przedstawicielem tego nurtu był Rosjanin Wassily Kandinsky, twórca pierwszych akwarel abstrakcyjnych, a ich muzycznym odpowiednikiem były dodekafoniczne utwory Arnolda Schöenberga, po latach pojawił się sonoryzm.

 

   Na przełomie XIX i XX wieku ważne znaczenie dla nowej architektury miał czynny w Glasgow architekt Charles R. Mackintosh związany z ruchem „Art & Kraft”. Twórcą tego nurtu był William Morris, zmarły w 1896 roku, angielski pisarz, malarz, rysownik, działający pod wpływem Johna Ruskina. Artyści ruchu „Art & Kraft” najbardziej odpowiadali na potrzeby codzienności. Pragnęli stworzyć jednolity styl łączący wszystkie dziedziny sztuki, architekturę, malarstwo, rzemiosło artystyczne, a nawet wygląd książki, leżącej na stole, w zaprojektowanym przez nich pokoju i domu. Celem tych artystów była utopijna chęć ukształtowania nowego społeczeństwa, dzięki sztuce obejmującej wszystkie dziedziny życia.

 

   Podobne ideały przyświecały grupie artystów pod wodzą Waltera Gropiusa, skupionych w powstałym w 1919 roku w Weimarze „Bauhausie”, którego oddziaływanie było silne i trwałe. W tej architekturze wielką rolę spełniały proste bryły i szklane płaszczyzny, płaskie dachy. Podobne do ich programu ideały prostoty przyświecały muzykom, literatom, artystom różnych branż nurtu tzw. „minimal artu” działających w latach 60-tych XX wieku. W pierwszych latach istnienia tej szkoły budowlanej, kładziono wielki nacisk na rzemiosło artystyczne.

 

   Program „Bauhausu” wykładał mistyk Johanes Itten. Jego poglądy w połączeniu z działaniami futurystów, dadaistów i surrealistów w pewnym sensie dały podstawy modernistycznego stosunku do sztuki. Ćwiczył on swych uczniów w umiejętności usuwania emocjonalnych oraz intelektualnych barier. Itten postulował całkowite zniszczenie przeszłości, zanim zbuduje się doskonałe społeczeństwo oparte na ideach socjalistycznych. To stałe negowanie poprzedników powtarzane po wielekroć, nie tylko przecież przez artystów „Bauhausu”, wpłynęło wreszcie na inne sfery życia, zwłaszcza politykę. Politycy zachowywali się tak, jakby tylko ci będący aktualnie u władzy mieli monopol na dobre rządy, mieszanie z błotem swoich poprzedników stało się regułą, czego najboleśniejszym przykładem był faszyzm.

 

   Architekci eksponowali infrastrukturę techniczną, co doprowadziło po wielu latach do wzniesienia w 1977 roku Centre Georges Pompidou w Paryżu, początkowo bulwersującego swymi umieszczonymi na zewnątrz rurami i windami. Dzieło dwóch architektów Włocha Renzo Piano i Anglika Richarda Rogersa jest w tym zakresie do dziś niezastąpione. Budynek ten wciąż szokuje swym zewnętrznym naskórkiem, ale wewnątrz posiada dość konwencjonalne sale, nawet zbyt małe dla modnych wielkowymiarowych obrazów.

 

   Dla architektów modernistycznych znamienne było zainteresowanie domami i osiedlami robotniczymi. W roku 1925 domy dla robotników projektował Le Corbusier w osiedlu Passac koło Bordeaux. Te „maszyny do mieszkania” spełniały postulaty ideowe, moralnej odnowy i reformy społecznej, ale były niewygodne i niepraktyczne. Na codzienny krajobraz osiedli mieszkalnych wpłynął Le Corbusier, nie zawsze pozytywnie. Jego Unité d'Habitation - żelbetonowe bloki mieszkalne w Marsylii z lat 1946-1952, to „jednostki mieszkalne”, inspirowane poglądami socjalistycznymi, rodem jeszcze z XIX wieku, były punktem zwrotnym we współczesnej osiedlowej architekturze. Te zaprojektowane  jako idealne budynki, wpłynęły silnie na o niebo prymitywniejsze „mrówkowce”, znane z niemal każdego kraju dawnego bloku wschodniego, również liczne w Polsce. Le Corbusier był zafascynowany, podobnie jak futuryści, szybkością i samochodami, jego pasja znalazła kulminację w XXI wieku.

 

   W latach 70-tych XX wieku Alina Szapocznikow proponowała, bez powodzenia, wykonanie gigantycznej marmurowej rzeźby samochodu. Dzisiaj rzeźby sławnych marek samochodów wykonane w krysztale lub metalu stały się niebywale modne. Ku chwale szczególnie cenionych marek aut, tworzy się wielkie rzeźby kinetyczne, gigantyczne instalacje. Na festiwalu szybkości w angielskim hrabstwie West Sussex, w setną rocznicę Audi, Gerry Judah, wzniósł 32 metrową, strzelająca w górę metalową pętlę autostrady, na jej końcach umieścił stary i nowy model tego samochodu. Auta inspirują wszelkiego typu twórców od tych projektujących muzea, po tych wymyślających wzory na torebkach i formy laptopów.

 

   Le Corbusier był też prekursorem innych pomysłów. Na wystawie powszechnej w Paryżu wzniósł „Świątynię Nowoczesności”. Miała to być rekonstrukcja hebrajskiego świątynnego namiotu na pustyni. Polityczny charakter tej budowli manifestował napis „zaczyna się nowa era solidarności” będący hasłem Frontu Ludowego, lewicowej koalicji wówczas rządzącej Francją. Namiot uznano za świątynię nowej modernistycznej wiary, a hasło solidarności zrobiło wielką karierę również w Polsce pół wieku później.

 

   Działający współcześnie z Le Corbusierem, Auguste Perret tworzył słupowo-belkową architekturę, bardzo lapidarną, przypominającą budownictwo drewniane, choć pracował w żelbecie, oddziałał silnie na swoich następców bliskich i dalszych. Modny obecnie architekt Japoński Tadeo Ando korzysta z żelbetu, w którym tworzy proste formy nawiązujące do japońskiej świątyni. Tak uczynił wznosząc Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Fort Worth koło miasta Dallas w Teksasie. Również Norman Foster stosuje smukłe słupy – kolumny jak te w „Carre d'Art” (1993) w prowansalskim Nîmes, gdzie nawiązał do stojącej tuż obok doskonale zachowanej rzymskiej świątyni zwanej „Maison Carré”. Jak jego poprzednicy zafascynowany jest rolą szkła, czego najlepszy wyraz dał w konstrukcji szklanej nad dziedzińcem Muzeum Brytyjskiego w Londynie. Szkło jest jednym z ulubionych tworzyw amerykańskiego architekta pochodzenia chińskiego Ieoh Ming Peia, twórcy m.in. wejściowej piramidy na dziedzińcu Luwru (1989) i szklanych schodów w Muzeum Historycznym w Berlinie (2000).

 

   Jeden z najwybitniejszych architektów modernistycznych Frank Lloyd Wright tworzył wille wtopione w krajobraz, jak słynny już od dawna „dom nad wodospadem” w Pensylwanii wzniesiony dla Edgara Kaufmanna w 1936 roku. Po dziesięciu latach w 1946-1952 Wright wymyślił chyba pierwszy budynek zoomorficzny, ślimacznicową formę dla Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku. Zoomorfizm w architekturze stał się modny w początkach XXI wieku, zwłaszcza za sprawą hiszpańskiego architekta Santiago Calatravy, autora wspaniałych budynków muzealnych w Walencji, z których jeden przypomina pszczołę, inny wieloryba. Przebudowane przez niego Muzeum w Milwaukee, usytuowane nad jeziorem Michigan, zyskało formę wielkiego ptaka, który co rano rozpościera skrzydła, a zamyka je wieczorem. Ptak inspirował też Calatravę, gdy projektował lotnisko w Lyonie (1994).

 

   Rozważając wpływ modernizmu na nasze codzienne życie nie możemy zapomnieć o zupełnie innej funkcji budynku muzealnego, wynikającej z fundamentalnej rewolucji, jaka dokonała się w sztuce w ostatnich dziesiątkach XX i już XXI wieku. W 1997 roku wedle projektu Franka Gehry’ego, w baskijskim stoczniowym mieście Bilbao stanęło muzeum, które dzisiaj jest najbardziej znanym budynkiem muzealnym na świecie. Wzniesiona na terenach dawnych doków rozłożysta rzeźbiarska forma ni to statek flagowy, ni to rozkwitła róża, skonstruowana z blachy tytanowej nie jest podobna do żadnego budynku, jaki kiedykolwiek przedtem powstał. Ten budynek, sam stał się dziełem sztuki, podziwianym bardziej niż to wszystko, co znajduje się wewnątrz. W kubicznych salach najczęściej prezentowane są instalacje, różnej wartości, lub pokazy wideo, obiekt ten trudno nazwać muzeum, gdyż jest to raczej galeria nieustannie zmienianych wystaw. Ostatnio, we wnętrzu tej galerii w Bilbao, Andrea Frascher pokazała film wideo nazwany „Mały Frank i jego karp”. Artystka wykonała lubieżny taniec, w którym oddawała się budynkowi, na koniec ocierając się o jeden ze słupów doznała erotycznej rozkoszy.

 

   W gruncie rzeczy spełniło się marzenie futurystów odrzucających wszelkie autorytety i dosłownie niszczących muzea, do czego nawoływał w 1909 roku poeta Filippo Marinetti, w swoim manifeście, więc dokładnie przed stu laty. Obecnie wielu kuratorów muzeów sztuki dawnej pod przymusem mody umieszcza w stałej ekspozycji obok dzieł dawnych również instalacje i twory najnowsze. Taką sytuację możemy oglądać w paryskim Luwrze, pałacu Fontainebleau, w Castello Sforzesco w Mediolanie, gdzie obrazy mistrzów włoskiego renesansu, wraz z Pietą Rondanini Michała Anioła, znosić muszą towarzystwo współczesnych obrazów oraz instalacji. Takie zestawienia budzą irytację, ale przecież istnieje cała rzesza odbiorców aprobujących taki stan rzeczy. Może ich przyzwolenie wynika z ignorancji? A może z kultu brzydoty? Niektórzy, po raz pierwszy w życiu są w tych muzeach i przyjmują takie zaskakujące sąsiedztwo za naturalne.

 

   Piękno stało się niemodne, wręcz synonimem kiczu, na margines spycha się artystów, których jest ono celem. Już w 1939 roku sławny krytyk Clement Greenberg poświęcił studium zagadnieniu „Awangardy i kiczu”. Dzisiaj, angielski filozof Roger Scruton uważa, że odrzucenie piękna pozbawiło współczesnego człowieka radości życia. Ostatnia inscenizacja Krzysztofa Warlikowskiego „Króla Rogera” w operze paryskiej jest znakomitym przykładem tego, jak niszczy się piękno. W miejsce miłości pokazano, śmierć, narcyzm i profanację. Taka wizja nie daje szczęścia. Ale w zakresie inscenizacji operowych mamy na szczęście znakomitego Mariusza Trelińskiego, dla którego piękno jest istotnym składnikiem spektaklu.

 

   Pomysłowość w zakresie ekspansji sztuki nowej nie zna granic. Zaciera się coraz bardziej granica między sztuką, a codziennością. Prezentuje się współczesne obrazy i rzeźby w hotelach, gdzie znajdują one widzów, niejako z przymusu. Takie hotele istnieją m.in. w Atenach, Berlinie, Budapeszcie, nawet w Polsce np. w łódzkiej Manufakturze i sopockim hotelu o dadaistycznej nazwie i wyposażeniu „Lalala”. Galerie w hotelach doskonale ukazują potrzebę związania sztuki z codziennością. Prekursorami takich pomysłów byli Japończycy, którzy od lat 70 –tych XX wieku, lokowali galerie sztuki na najwyższych piętrach domów towarowych.

 

   Nowa sztuka nie potrzebuje muzeów w tradycyjnej formie. Sztuka wideo, happeningu, instalacji w samej swej istocie jest niemuzealna. Można ją pokazywać w specjalnie stworzonych przestrzeniach. Dobrze na ten cel nadają się wnętrza poprzemysłowe, jak sławne już Tate Modern w Londynie, urządzone w starej elektrowni. W Polsce niedawno otwarto wspaniale muzeum sztuki współczesnej w Manufakturze w Łodzi, czyli dawnej fabryce Poznańskiego. W Krakowie muzeum sztuki współczesnej ulokowano w fabryce Schindlera „Emalia”, dzięki której podczas okupacji, właściciel ocalił od zagłady ponad 1000 Żydów, co ukazał Spielberg w znakomitym filmie „Lista Schindlera”.

 

   W Rzymie wzniesiono futurystyczny budynek Muzeum Sztuki XX i XXI wieku projektu sławnej Irakijki Zaha Hadid. To pierwsze muzeum mieszczące archiwa sławnych architektów. W San Francisco Daniel Libeskind zaprojektował nowoczesną część do starej elektrowni, jako Muzeum Żydowskie. Błękitne bryły składają się na słowo hebrajskie l'chaim - życie. Kilka budynków muzealnych wzniósł lub zmodernizował w Stanach Zjednoczonych Renzo Piano, miedzy innymi w mieszczącym skarby sztuki modernizmu Art Institute w Chicago. Nowe budynki muzealne stanowią obecnie najbardziej twórczy dział architektury.

 

   Nie ulega wątpliwości, że architektura, nie malarstwo, była przez ostatnie dziesięciolecia królową sztuk, choć ma już za sobą czasy świetności. Wszyscy są mocno zmęczeni dziwacznością i ekstrawagancją budynków, bowiem technologia pozwala na wykonanie najbardziej wykrzywionej i niedorzecznej konstrukcji. Z powodu kryzysu odrzucono wielkie plany budowy zespołu falujących jak płomienie wież w Dubaju, szklanej wieży, wysokości 612 metrów Normana Fostera w Moskwie. Zaniechano całkowitej przebudowy Brooklynu w Nowym Jorku, według projektu Franka Gehgry'ego, większość domów wyglądałaby jakby za chwile miała runąć.

 

   Ta nonszalancja i dziwaczność dotyczy też obiektów sztuk plastycznych. Wiele tworów powstałych w ostatnich dziesięcioleciach nie przetrwa próby czasu, głównie ze względu na kiepskie materiały, wtórność, brzydotę, obrzydliwość, arogancję, epatowanie zbrodnią, ale i nudą. Na świecie, również w Polsce podejmuje się próby odejścia od tego już starego schematu, jaką była figuratywna sztuka „Nowych dawnych mistrzów” sprowadzonych przez Donalda Kuspita i Krzysztofa Izdebskiego z Los Angeles, która natrafiła na gwałtowny, zwarty opór „awangardyków”, jak nazywa twórców post sztuki Paweł Huelle. Wystawa miała miejsce w 2006 roku w Oddziale Muzeum Narodowego w Gdańsku, w Pałacu Opatów w Oliwie. Krytyka prasowa zrobiła wszystko, by obrazy dwóch artystów gdańskich, którzy tam wystawiali: Krzysztofa Izdebskiego i Macieja Świeszewskiego zlekceważyć, choć stanowią one nadal, już tylko samą rzetelnością warsztatową, alternatywną propozycje wobec dominującego blagierstwa. I to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, bowiem wszystko, co się ostatnio dzieje, ma swoje odpowiedniki w skali globalnej.

 

   Modernizm i postmodernistyczny świat sztuki przyzwyczaił nas do absurdu i wręcz kultu brzydoty. Potrzeba piękna niemal nie istnieje, przyczółkiem są pewne domeny rzemiosła artystycznego w tradycyjnym swym znaczeniu, jak na przykład stale atrakcyjna porcelana Rosenthala. Takie firmy, jak założone jeszcze w XIX wieku, Christofle czy Puiforcat, należąca teraz do domu mody Hermes, wytwarzają naczynia stołowe - dzbanki, cukiernice w tradycyjnych formach, nie tylko ze złota lub srebra, ale także z modnych materiałów różowego tytanu i plastiku, przypominającego kamień, zwanego corianem. Te luksusowe przedmioty, w gruncie rzeczy to sztuka dla sztuki, bowiem nie są potrzebne do zjedzenia śniadania, czy napicia się kawy. Pełnią rolę współczesnej biżuterii stołowej, jak dawniej solniczka Celliniego wykonana dla króla Franciszka I, lub figurki miśnieńskie umilające uczty od czasów saskich. Modernizm zmienił zastawy stołowe, formy talerzy, noży, widelców na proste, geometryczne, często kanciaste. Wielce do tego przyczynili się twórcy „Bauhausu” dążąc do największej prostoty. Czasy „art deco”, tak teraz modne, słynęły z form specyficznych kryształowych dekoracji.

 

   W latach 20-tych w tym zakresie pojawiło się sporo twórczych indywidualności. Niedawno, z okazji aukcji dzieł sztuki należących do Yves Saint Laurenta i jego przyjaciela Pierre´a Bergé, przypomniano niezwykłą artystkę Eileen Gray. Zaprojektowany przez nią fotel Serpent, skórzany, z wymyślnymi rzeźbionymi drewnianymi oparciami, został sprzedany za 22 miliony euro, była to najwyższa cena jaka kiedykolwiek padła za obiekt sztuki dekoracyjnej powstały w XX stuleciu. Twórczyni tego fotela była niezwykle modna w latach dwudziestych, zaprojektowała, z myślą o siostrze, która lubiła jeść śniadania w łóżku, stolik E-1027 najbardziej bodaj znany sprzęt modernizmu. Gray była wszechstronna, zaprojektowała również dom dla siebie zwany Willa E-1027 na morskim urwisku z pięknym widokiem, wedle zasady, maksimum komfortu na minimalnej przestrzeni. Le Corbousier, który się z nią wówczas przyjaźnił wiele zawdzięcza talentowi Gray. Artystka poznała doskonale metodę produkcji wyrobów z laki.  Projektowała z niej parawany do kreowanych przez siebie luksusowych wnętrz, które przyniosły jej sławę.

 

   Mniej wymyślne przedmioty codziennego użytku o nowych formach tworzono na większą, popularną skalę. Zarówno w rzemiośle artystycznym, jak i modzie często zwracano się wówczas do sztuki japońskiej lub iberyjskiej, która inspirowała krawców, fryzjerów, modystki. Trzeba też nie zapominać, że wielka sztuka wpływała przez dziesiątki lat na wygląd witryn różnych magazynów i sklepów. Dzisiaj projektanci mody prześcigają się w dadaistycznych pomysłach. W nowej kolekcji mody na jesień-zimę 2009/2010 Aleksander McQueen proponuje na głowy klatki dla ptaków lub parasole, Karl Lagerfeld hełm kosmiczny pokryty futrem, Armani poleca płaszcz obszyty czymś w rodzaju płyt kompaktowych.

 

   W tym zalewie nonsensów oraz irracjonalnym zamęcie są artyści, którzy tworzą dzieła, pod każdym względem niezwykłe, jak na przykład Olaf Eliasson, niegdyś skandynawski mistrz breakdance, który w 2002 roku zainstalował gigantyczny, świecący krąg słońca w londyńskiej Sali Turbin w Tate Modern. Ogromne, sztuczne słońce, stale świecące we wnętrzu, wywołuje w pierwszej chwili wrażenie cudu, przechwycenia jednej z boskich tajemnic. Eliasson doskonale zrozumiał zasady dzisiejszego rynku sztuki, który tworzy się nie subtelnością pomysłu, lecz zaskoczeniem. Zgodnie z takim założeniem, artysta ustawił w 2008 roku w Nowym Jorku na East River cztery sztuczne wodospady, wysokie na 30 metrów. Ostatnio i on uległ magii samochodu projektując wielki model BMW wystawiany w monachijskiej Pinakothek der Moderne. Artysta wykonując wielkie rozmiarami prace, nie może pracować sam, zatrudnia wiec cały zespół ludzi. Miał znakomitego poprzednika w mistrzu pop-artu Andy Warholu. Ten angażował znajomych do swoich serigrafii, multiplikujących puszki po Coca Coli lub zupie Campbella. Wówczas, na wielką skalę, banalny przedmiot codzienny, wedle recepty Duchampa, stał się dziełem sztuki. Dzisiaj artyści często nawet nie oglądają swoich produkowanych seryjnie prac sprzedawanych w Internecie.

 

   Eliasson zaprzyjaźnił się z polskim akcjonistą Pawłem Althamerem i w planowanej przez niego galerii rzeźby na warszawskim Bródnie wystawi swój „Kalejdoskop lodowy”. Artyści odchodzą od tradycyjnych stojących, wiszących lub nawet opakowanych rzeźb lub budynków, jak to czynili Joseph Beuys i Christi, by stworzyć zupełnie nową formę- rzeźby społecznej. Rzeźby zaczynają istnieć nie jako przedmiot, lecz jako sytuacja, relacja między ludźmi. Niektóre z tych pomysłów są porywające i wspaniałe!

 

   Paweł Althamer z okazji 20 rocznicy wolnych wyborów 4 czerwca 2009 roku zaprosił 150 swoich sąsiadów z mrówkowca na warszawskim Bródnie, gdzie mieszka od 30 lat, by w złotych kombinezonach, jako złoci kosmici polecieli złotym samolotem do Brukseli. Wszyscy przeżyli radosny dzień w stolicy Unii Europejskiej i wieczorem wrócili do swoich mieszkań. Pomysł fantastyczny, efekt oszałamiający! Artysta od lat realizuje pomysł bycia kosmonautą, który odkrywa planetę Ziemię. Środek kosmosu znajduje się zawsze tam, gdzie jest on, więc takim pępkiem świata jest jego osiedle Bródno. O ile sytuacja zmieniła się od czasów, gdy Izabela Czartoryska w początkach XIX wieku na mapie świata zaznaczała złotą szpilką swoje Puławy, jako takie centrum? Wówczas była to sytuacja elitarna, teraz, dzięki internetowi i telewizji, uczestniczą w takim święcie miliony. Ale akcje artystów takich jak Althamer, nawet bardziej dowodzą demokratyzacji życia, niż sztuki, zatarcia granicy między sztuką, a dniem codziennym w stopniu maksymalnym i w stopniu dawniej niespotykanym. W czasach Izabeli Czartoryskiej, życie stawało się sztuką tylko dla warstwy wybranej, dzisiaj jest to osiągalne, dla bardzo wielu.

 

   Na ostatnim Biennale w Wenecji, zaskoczył widzów przechodzących koło pawilonów Norwegii, Szwecji i Danii, wielki kwadratowy basen z pływającym manekinem trupa. Ten pomysł rodem z filmów Hitchcocka zatrzymał na chwilę widzów spieszących do nowych atrakcji, od których kłębiło się w tym wymyślnym lunaparku, jakim była tegoroczna przestrzeń Biennale.

 

   Modernizm i postmodernizm przyzwyczaił nas do tego, że każdy absurd jest możliwy, albo inaczej, że nie ma rzeczy niemożliwych. Ostatnio byliśmy świadkami sytuacji jeszcze niedawno niewyobrażalnej. 26 czerwca 2009 roku umarł Michael Jackson – król popu, świat dosłownie zamarł w żalu. Wiadomość o jego śmierci obiegła wszystkie kontynenty, wywołała burze emocji, transmisje z uroczystego pożegnania piosenkarza oglądało miliard ludzi na całym świecie, czyli 1/6 ludzkości. Nigdy żaden artysta, ani Michał Anioł, ani Maria Callas, ani nawet Elvis Presley nie byli tak opłakiwani. Nie można i nie ma potrzeby w tej sytuacji, odcedzać prawdziwego żalu od komercji. Piosenkarz wykreował siebie na rodzaj nadczłowieka, sam stworzył jakby inną rasę. Nie był czarny, ani biały, nie był mężczyzną ani kobietą, nie miał też wieku.

 

   Z tęsknoty za doskonałym pięknem upodobnił się do swojego ideału, piosenkarki Diany Ross. Operacje plastyczne dały mu jej twarz – kształt ust i oczu. Był ojcem trójki dzieci, a jednocześnie nigdy nie dorosłym psychicznie Piotrusiem Panem. Jego szczupłe ciało promieniowało niezwykłą energią, jego ruchy taneczne, zwinnej czarnej pantery, dynamicznie rozsadzały powietrze, ale jednocześnie miały w sobie coś mechanicznego, jakby był nowym Frankensteinem, pięknym, sprawnym, ale jednak sztucznym człowiekiem. Właściwie nie miał życia prywatnego, własnej intymności, spalał się cały na scenie, w blasku fleszy i reflektorów laserowych.

 

   Był postacią niezwykłą, zaspakajał tajemnicze, wręcz mroczne potrzeby nieśmiertelności, zaznanej tu na ziemi, był idolem popkultury, ale jakim stał się z biegiem lat człowiekiem? Jak napisał Łukasz Musiał na łamach „Tygodnika Powszechnego”, zastanawiając się nad antropologicznym fenomenem Jacksona, król popu został wykreowany na rodzaj „work in progress”, upiornego projektu biologicznego, może w chwili śmierci zatrzymanego w pól drogi, między istota ludzką, a cyborgiem, mężczyzną a kobietą, dzieckiem a dorosłym, hetero -a- homoseksualistą, białym a czarnym. Dążył do ideału piękna, które opiera się czasowi. Mając 50 lat wyglądał jak bezczasowy manekin.

 

   Czyżby nowy, lepszy człowiek stworzony dzięki postępowi nauki? Pod koniec życia przypominał raczej upiora z pierwszego teledysku „Thriller” (1982), który przyniósł mu sławę i fortunę. Czyżby losy Jacksona stały się ostrzeżeniem dla wielu artystów gotowych dla sukcesu na każdy eksperyment, nawet jeśli prowadzi do śmierci, w tym zatraceniu granicy miedzy życiem, a sztuką. Wygląda na to, że król popu był żywym, dramatycznym przykładem najdalej idącej w samozniszczeniu „sztuki ciała”, bo nie była to droga samozagłady ani Vincenta van Gogha, ani Ives Kleina.

 

   Siła oddziaływania Jacksona była piorunująca, a konsekwencje tej siły groźne i niezwykle poważne w skali powszechnej, w pewnym sensie ten czarno-biały piosenkarz ułatwił wyborcze zwycięstwo prezydentowi Barackowi Obamie. Społeczeństwo amerykańskie miało już czarnego bohatera pop-kultury, teraz ma też swego czarnego prezydenta. Fenomen Ameryki polega na tym, że tamtejsze wybory mają wpływ na losy świata. Tak jak Jackson stał się światowym idolem pewnej „ciemnej strony mocy”, tak wykształcony, racjonalny, kulturalny Barack Obama - jego całkowite przeciwieństwo, stał się królem porządku i jasności, panującym nad irracjonalnym, mrocznym chaosem. Trudno o większy wpływ sztuki na życie.

 

   Sztuka, może nawet bardziej niż kiedykolwiek, wpływa na zwiększenie poczucia powszechnego luksusu życia codziennego. W nowojorskim Metropolitan Museum urządzono ekspozycję zegarków, na których tarczy odtworzono z wielką precyzją maski afrykańskie i polinezyjskie. Pamiętamy, jak przed laty Yves Saint Laurent zaprojektował suknie o wzorze zaczerpniętym z obrazu Mondriana. Picasso i Lucian Freud projektowali etykiety na butelki wina Château Mouton Rothschild.

 

   Właściciele domów mody angażują wybitnych architektów. Firma Chanel w 2007 roku zamówiła u modnej, już wspominanej architektki Zahy Hadid, pawilon, specjalne na pokaz sztuki zainspirowanej chanelowskimi torebkami. W 2009 roku pomysł ten znalazł odbicie w aktualnie czynnej wystawie, zabytkowych torebek ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Wytwórca luksusowych akcesoriów podróżnych Louis Vuitton, Franckowi Gehry’emu powierzył zaprojektowanie wnętrza budynku firmy w Paryżu. Na wykonanej ze złota i emalii luksusowej biżuterii oraz szalach firmy „Frey Wille”, jej salon znajduje się również na warszawskim Nowym Świecie, projektanci umieszczają motywy z obrazów Claude'a Moneta, Gustava Klimta i wzory japońskie. Suknie, torby, buty, zegarki, biżuteria stają się coraz częściej dziełami sztuki, ich kupowanie zaś, lokatą kapitału w przedmioty artystyczne. Codzienność stała się sztuką, ale demokratyczną, dostępną dla o niebo większej warstwy społecznej, niż było to jeszcze w pierwszej połowie XX wieku.

 

   Mimo różnych ekstrawagancji sztuka dawna ma się dobrze. W Atenach, u stóp Akropolu, Amerykanin Bernard Tschumi zaprojektował, optycznie lekki, długi budynek, otwarty w czerwcu tego roku. Mieści teraz zbiory dawnego Muzeum Akropolu, które „oddychają” w dużej przestrzeni, dziesięciokrotnie większej niż ta w starym gmachu z 1874 roku. Stale powstają nowe budynki dla dawnych zbiorów. Muzeum Sztuki Islamskiej w Dausze w Katarze, ze zbiorami sztuki islamu od VII – XIX wieku, zaprojektował 91 letni Pei. W Katarze ma też stanąć nowoczesny gmach Muzeum Narodowego, projektu innej gwiazdy architektury, Francuza, Jeana Nouvela.

 

   Na sztucznej wyspie Saadijat, ten sam Nouvel projektuje Luwr Abu Zabi, który ma zostać otwarty w 2013 roku. Szejk za prawo używania nazwy i wypożyczone z Luwru eksponaty zapłacił 555 milionów dolarów. Pomysł do niedawna niewyobrażalnie ekstrawagancki, ale znamienny dla nowych czasów jednoczących na prawach równości Wschód z Zachodem. Doskonały aneks do prowadzonych, niegdyś na stronach sławnej książki, dyskusji, między, już nieżyjącym profesorem Edwardem W. Saidem i dyrygentem Danielem Barenboimem! Obaj wymyślili m.in. sławną orkiestrę łącząca palestyńskich oraz izraelskich muzyków!

 

   Dawna sztuka, której podstawą było wyobrażenie piękna i głębszej refleksji nad człowiekiem nadal stanowi niewzruszony bastion ludzkiej kultury. Sztuka ta, a mówimy o malarstwie, rzeźbie, grafice, przetrwała niezniszczona i pod dobra opieką w wielkich i sławnych muzeach Londynu, Paryża, Madrytu, Florencji, Rzymu i w Stanach Zjednoczonych, szczególnie w Nowym Jorku, Waszyngtonie i w Bostonie.

 

   Te wielkie muzea wzięły na siebie ciężar oferowania sztuki milionom ludzi na całym świecie, nie tylko w wystawach stałych, ale także wspaniałych ekspozycjach czasowych, którym towarzyszą imponujące katalogi, dające kompendium wiedzy o mistrzach i wielkich obszarach dawnej sztuki. Te muzea stały się instytutami zastępującymi często uniwersytety. Pracujące tam zespoły ludzi o najwyższych kwalifikacjach, badają dzieła dawnych mistrzów stosując najnowocześniejsze osiągnięcia wiedzy humanistycznej, ale i technicznej.

 

   Sztuka, ta dawna i nowa, to najistotniejsza część ludzkiej kultury, mimo wielu krytyków i oponentów, pozostanie nieodłączną częścią ludzkiego świata, z której codzienność będzie nieustannie czerpała.

 

   A dawna sztuka nie umiera, jest wciąż żywa. Dowiedli tego Włosi, latem tego roku, na wystawie portretu barokowego, ustawiając we florenckim Museo Nazionale del Bargello, naprzeciw siebie popiersia Gianlorenza Berniniego i Constanzy Bonarelli, namiętnie w siebie wpatrzonych. Między artystą i jego modelką, którą do szaleństwa kochał, również dzisiaj, wytwarza się, wyczuwalne dla widza, pełne napięcia pole erotyczne. Wielka sztuka barokowa uzyskała tu aktualny status, przypomniała jeden z codziennych dni w życiu zakochanych. Człowiek potrzebuje miłości i piękna, dąży do szczęścia. Wbrew tendencji do bezczeszczenia wszystkiego, co przynosi radość i harmonię, tendencji trwającej od czasów obu wielkich wojen, wzmocnionej okrucieństwami terroryzmu XX i XXI wieku.

     

 

[Tekst ukazał się w formie drukowanej w Gdańskim Kwartalniku Artystycznym „Bliza”, Nr 1, Jesień 2009.]