TERESA GRZYBKOWSKA
SZTUKA
I CODZIENNOŚĆ
Treść
artykułu: Wstęp, Sztuka i racjonalność, Sztuka i bunt, Sztuka i technika,
Sztuka i fizjologia, Sztuka i przemoc, Sztuka i śmierć, Zakończenie.
„Maluję przedmioty tak jak o nich myślę,
a nie tak jak je widzę.”
Pablo
Picasso
Artyści towarzyszą niemal wszystkim wielkim odkryciom ważnym w codziennym życiu
człowieka. Z wynalezionego przez Fenicjan szkła, udoskonalonego w Wenecji,
wytwarzano przedmioty praktyczne, butle, kielichy, czary, ale także piękne
kolorowe naczynia, wreszcie szyby i cudowne witraże. W końcu światło
elektryczne zamknięto w kulistym szkle. Żarówka spełniała rolę słońca,
rozjaśniającego ciemności nocy i tak jest do dzisiaj.
Działający
na przełomie XV i XVI stulecia boski malarz Leonardo da Vinci, ale przede
wszystkim wielki konstruktor i wynalazca, narysował prototyp roweru, czołgu,
łodzi podwodnej, maszyny latającej. Z tych pomysłów zrodziły się
samochody, samoloty i wozy pancerne oraz rower, który pozostał najbardziej związaną
z człowiekiem maszyną komunikacyjną, poruszaną jedynie siłą mięśni.
W XVII
wieku, zwłaszcza w Holandii, rozpowszechniła się w pracowniach malarskich
camera obscura i z niej właśnie powstały urządzenia, z których narodziły
się aparaty fotograficzne, kamery filmowe, kino i w końcu telewizja. Media te
w XX i XXI wieku najsilniej kształtują rzeczywistość dnia codziennego w każdej
niemal dziedzinie, zwłaszcza mody, obyczaju, gustów artystycznych, kuchni.
Pomysł
leonardowskiej maszyny latającej zrealizowano u progu modernizmu. W 1909 roku
Louis Bléroit przeleciał Kanał La Manche. W roku 1927 na małym samolocie „Spirit
of Saint Louis” Charles Lindbergh odbył swój samotny lot przez Atlantyk z
Nowego Jorku do Paryża. Do dziś wzrusza ten samolot w National Air and Space
Museum, co przetłumaczyć można jako Narodowe Muzeum Lotnictwa i Przestrzeni
Kosmicznej w Waszyngtonie. Był to nade wszystko wyczyn szaleńczej odwagi, tym
większej, że ów samolocik pozostawiał pilotowi bardzo ograniczone pole
widzenia. W tym samym muzeum znajduje się pojazd kosmiczny, w którym pierwsi
ludzie osiągnęli Księżyc w lipcu 1969 roku. W ten sposób Amerykanie spełnili
marzenie starożytnego artysty i wynalazcy Dedala. Właśnie w związku z lotem
na Księżyc wymyślono telefon komórkowy, umożliwiający porozumiewanie się
między astronautami.
Samolot,
internet i telefon komórkowy odmieniły życie codzienne człowieka w sposób
zasadniczy. Pozwoliły na dotąd niewyobrażalnie szybkie pokonywanie
przestrzeni, błyskawiczne przekazywanie informacji, również tych związanych
z działalnością artystyczną. Już niewielu ludzi potrafi funkcjonować bez
telefonu komórkowego. Pozwalający na porozumienie ponad reżimem, w dłoni
kobiety stał się ostatnio symbolem rewolucyjnych przemian w Iranie i takie zdjęcie
obiegło prasę całego świata.
Te wszystkie
nowości w życiu możliwe stały się w ogromnym stopniu dzięki modernizmowi.
Artyści tego nurtu nie widzieli przeszkód ani w sposobie myślenia ani działania.
Istotna stała się nieustanna prowokacja i przekraczanie wszelkich granic. Początek
wieku XX przyniósł rewolucyjną zmianę w nauce, polityce, sztuce. Artyści
pragnęli sprostać nowemu naukowemu widzeniu świata bogatszego o teorie względności
Einsteina, odkrycie radu przez Marię Curie Skłodowską, badania Freuda i Junga
penetrujące tajemnicę ludzkiej psychiki, wreszcie krwawe doświadczenia
rewolucji rosyjskiej 1905 i 1917 roku. Kubiści, ekspresjoniści, futuryści,
dadaiści, surrealiści zmienili nieodwracalnie świat malarstwa, rzeźby,
architektury, filmu, rzemiosła artystycznego, mody.
W latach
20-tych XX wieku Coco Chanel odmieniła życie milionów kobiet na całym świecie,
narzucając swój styl. Po raz pierwszy kobiety masowo zaczęły nosić krótkie
włosy, krótkie wygodne stroje z miękkich tkanin, rewolucją była też moda
spodni dla kobiet. Już w pierwszej połowie XIX wieku George Sand gorszyła
Paryżan spodniami noszonymi zamiast bufiastych długich spódnic, które
praktycznie uniemożliwiały chodzenie po ulicach tonących w błocie jeszcze
przed Haussmanowską przebudową. Chanel, pierwsza kobieta – kreatorka mody na
ogromną skalę - wylansowała sztuczną biżuterię, którą sama nosiła razem
z biżuterią prawdziwą. Ona rozpowszechniła modę na sznury pereł, teraz
ograniczone na ogół do jednego, małego sznurka noszonego przez kobiety na całym
świecie, jako wyrazu elegancji i dobrego gustu. Chanel odcisnęła piętno
swojego stylu w modzie całego świata po dzień dzisiejszy, niezależnie jakim
ekstrawagancjom ta moda ulegała przez ostatnie sto lat.
Modernizm
panujący od początku XX wieku do niemal połowy stulecia, przeszedł w fazę
postmodernizmu i sztuki przełomu tysiącleci zwanej Art Now. Zmiany jakie
modernizm wprowadził w mentalności ludzkiej były fundamentalne. Odrzucono piękno
i miłość na rzecz brutalnego seksu i przemocy. Wystarczy przypomnieć prozę
Georges'a Batailla i Jeana Geneta, Henryka Manna, operę Alana Berga „Lulu”.
Ogromna rolę spełnił też film.
Bulwersujące
publiczność w latach dwudziestych filmy „Złoty Wiek” i „Pies
andaluzyjski” Buñuela i Salvadora Dalego stały się, podobnie jak
pierwsze filmy grozy o demonicznych postaciach, doktorze Caligari,
Frankensteinie i Drakuli, prototypami dzisiejszych thrillerów. Spadkobiercami
owych pierwszych filmów grozy jest wiele utworów współczesnego kina jakby
kulminującego w niedawnym „Antychryście” Larsa von Triera, filmu epatującego
seksem i lękiem przed śmiercią. Artysta starał się wyeksponować
rzeczywistość psychiczną, niewidzialną, wkraczającą w świat groźnej,
przerażającej podświadomości. Wszystko staje się możliwe w świecie
irracjonalnych emocji. Wręcz wstrząsające relacje miedzy filmem a polityką
ujął przed 50 laty filmolog i socjolog Siegfried Kracauer w studium „Od
Caligariego do Hitlera”. W błyskotliwej analizie wykazał jak mroczne filmy
Friedricha Murnaua i Fritza Langa wyrażały lęki i obsesje ówczesnych Niemców,
które niebawem przerodziły się w koszmar hitleryzmu.
Mówiąc w
wielkim uproszczeniu, od czasów starożytnych po drugą połowę XIX wieku,
artyści starali się odtwarzać świat takim, jakim go postrzegali, więc
chcieli jak najwierniej oddać piękno i dobro, doskonałą anatomię postaci
ludzkiej oraz idealizowany pejzaż. Impresjoniści pierwsi na szeroką skalę
porzucili portretowość rysów i sylwetki na rzecz gry światła, ogólnego wrażenia.
Otworzyli pole manewru dla dalszych deformacji, fowistycznych,
ekspresjonistycznych, futurystycznych, kubistycznych, dadaistycznych,
surrealistycznych i wszelkich innych. Wydaje się, że pomysłowość artystów
w zastępowaniu Pana Boga nie ma granic. I w rezultacie okazało się
nieprawdziwe przypuszczenie Immanuela Kanta, na którego poglądy teoretycy
sztuki często się powoływali. Kant uważał, że w przeciwieństwie do nauki,
sztuka ma swój kres, wyznaczoną granicę, której nie można przekroczyć.
Wedle Kanta sztuka się nie rozwija, choć zawsze posiada jakiś cel. Z
perspektywy doświadczeń XX wieku, możemy powiedzieć, że dzięki
modernistycznym artystom stale zmienia się nasze rozumienie sztuki i coraz to
nową rolę spełnia ona w naszym życiu. Tylko czy nadal mamy do czynienia ze
sztuką, czy już z inna formą ludzkiej aktywności?
Sztuka jest
coraz bardziej dostępna, prawie każdy, kto tego pragnie może sobie pozwolić
na wizytę w niegdyś elitarnych muzeach, wielkich galeriach Europy i Ameryki.
Ale z drugiej strony większość pracujących ludzi na świecie cierpi na stały
brak wolnego czasu i pożerający swobodę myślenia pośpiech. Nawet
uprzywilejowani wykonujący zawody intelektualne narzekają na niemożność
przeciwstawienia się wszechogarniającej szybkości. Ludzie szybko chodzą,
szybko jedzą, źle znoszą oczekiwanie, nie maja czasu na ciszę i kontemplację,
ale są coraz to lepiej wyposażeni w sprzęt techniczny, którego atrakcje nie
pozwalają na samotność, bo ta przeraża. Ogólny chaos i zamieszanie
dezorientuje, człowiek traci instynkt szczęścia na rzecz powierzchownych
przyjemności. W tej sytuacji sztuka musi przesyłać szybki, łatwo zrozumiały
komunikat lub szokować, by na moment zatrzymać biegnącego fizycznie i duchowo
człowieka, który dostrzega jedynie zjawiska łatwe, nie nastręczające kłopotów
w odbiorze, nie wymagające wysiłku i refleksji.
A zaczęło
się tak niewinnie. W 1863 roku w Paryżu, grupa malarzy w proteście przeciwko
werdyktom oficjalnego corocznego „Salonu”, wystawiła swe obrazy w
„Salonie Odrzuconych”. Artyści ci programowo porzucili boginie klasyków,
arystokratyczne pasterki romantyków, baśniowe egzotyczne haremy, metafizyczne
pejzaże, bezpieczeństwo biedermeierowskiego dostatku. Édouard Manet i Gustave
Courbet, każdy w inny sposób, pragnęli by ich malarstwo pokazywało codzienność,
życie zwykłych ludzi.
Courbet
malował niemal fotograficzne obrazy: „Kamieniarze”, „Dziewczyny nad
Sekwaną”, „Sen”. W tym ostatnim ukazał pogrążone we śnie dwie
przytulone do siebie nagie piękne kobiety. Swoje erotyczne credo zawarł, w po
dziś dzień odważnym i szokującym, niewielkim obrazie „Początek świata”.
Courbet, był w zakresie erotyki zwiastunem przemian, bowiem w sztuce XX wieku
mocny seks będzie jednym z głównych tematów malarstwa, grafiki, filmu.
Tematy
zaczerpnięte z codzienności stały się programowym tworzywem płócien Édouarda
Maneta. Jego obrazy, jak np. „Pijak”, „Śniadanie na trawie”, „Bar w
Folies Bergère”, bulwersowały pozbawionymi pruderii tematami i
„niedopracowanym” sposobem malowania. Impresjoniści poszli dalej, zacierali
kontury ludzi i przedmiotów na rzecz wrażenia, a przede wszystkim światła,
które stało się głównym bohaterem obrazu. Tak malował przede wszystkim
Claude Monet. Jego „Nenufary” zachwycają nas dzisiaj niemal abstrakcyjną
ekspresją.
Artyści sięgali
po tematy dosłownie wzięte z ulicy. Henri de Toulouse-Lautrec poszedł wówczas
najdalej w konsekwentnym przedstawianiu życia prostytutek, najbardziej
pogardzanych przez burżuazyjne społeczeństwo istot, dając w swej sztuce
przejmujący obraz ich tragicznego życia. Ten temat na stałe wejdzie do
sztuki. Wybór artysty można zinterpretować jako jeden z pierwszych przejawów
feminizmu. Wcześniej Manet w „Śniadaniu na trawie”, obok dwóch ubranych mężczyzn,
brata artysty Gustawa i jego przyjaciela, pokazał nagą Victorine Meurent.
Kobietę tę w literaturze przedmiotu uznano za prostytutkę, a w rzeczywistości
była profesjonalną modelką, malarką, intelektualną przyjaciółką Maneta.
Pozowała również do jego obrazów „Olimpii” i „Śpiewaczki ulicznej”.
Tej niezwykłej
kobiecie poświęciła książkę Eunice Lipton, wydaną w 1992 roku. Udowodniła
w niej, że Maneta „Śniadanie na trawie” z 1863 roku jest dziełem
feministycznym. Na obrazie widzimy nagą, niezależną kobietę siedząca obok
dwóch odzianych mężczyzn. Śmiałe spojrzenie modelki studzi męskie pożądanie,
jej postać wprowadza element niepokoju bowiem burzy stereotyp biernej kobiecości,
nie spoufala się z widzem, jej seksualność należy wyłącznie do niej samej.
Ciekawe jakby na ten obraz zareagowała sufrażystka angielska, która w 1914
roku pocięła nożem „Wenus” Velazqueza w londyńskim National Gallery,
uznając obraz za obrażający godność kobiety. Czy dostrzegłaby inną postawę
modelki Maneta wobec świata mężczyzn? Odwrócona plecami do widza modelka
Velazqueza ma odbitą w lustrze anonimową twarz wszystkich kochanych kobiet świata,
podczas gdy modelka Maneta nosi konkretne rysy wybranej kobiety wyrażającej pełną
aprobatę na całkowite obnażenie.
Kolejnym
obrazem będącym ważnym etapem w sposobie codziennego myślenia o kobiecie, a
nawet pewnego rodzaju manifestem feministycznym, były Picassa „Panny z
Avignon”, pomyślane jako hołd złożony Toulouse-Lautrecowi. W tym obrazie
Picasso dokonał prawdziwej rewolucji. Przede wszystkim w sposób programowy i
ostentacyjny zerwał z trwającą dwa i pół tysiąca lat tradycją
grecko-rzymsko-renesansową wielbiącą harmonijne piękno ludzkiego ciała. Na
tym obrazie Picasso kubistycznej deformacji poddał trzy kobiety i chyba jednak
dwóch mężczyzn – marynarza i studenta – najczęstszych klientów burdeli.
Dla kompozycji sceny w domu publicznym artysta wybrał, pojawiającą się często
w malarstwie dawnym, historię „Sądu Parysa”, nadając mitowi nowe
ironiczno-persyflażowe znaczenie. Artysta zastąpił boginie dziewczynami z
domu publicznego z ulicy Avinyo w Barcelonie. Picasso często je spotykał, nie
tylko nocą, mieszkał bowiem niedaleko, kupował farby w pobliskim sklepie z
przyborami malarskimi.
Ten obraz był
tak szokujący i rewolucyjny, że długo nie odważono się go publicznie pokazać.
Namalowany w 1907 roku, wystawiony został dopiero po kilku latach. Dramatyczne,
kubistyczne obrazy Picassa oraz krańcowo różny w temperamencie śmiały, zmysłowy
początkowo fowistyczny koloryt Matissa zmieniły sposób dostrzegania otaczającego
świata. Kolejnym przełomem w sposobie patrzenia na tragedię jaką niosą
ludziom wojny była „Guernica” Picassa. Wówczas okazało się, że kubizm
został jakby wymyślony po to, by pokazać ruinę świata, destrukcję jaką
niesie przemoc. Dnia 26 kwietnia 1937 baskijskie miasto Guernika po nalocie
hitlerowskich samolotów zamieniło się w kubistyczną kupę gruzów. Tak
ukarani zostali jego mieszkańcy za sprzeciw wobec dyktatury generała Franco.
Już
pierwsza wojna światowa zmieniła diametralnie relacje międzyludzkie.
Niemieccy ekspresjoniści, a wśród nich Otto Dix, pokazali marność ludzkiej
egzystencji, zredukowali ją do fizycznego cierpienia zmasakrowanego jak zwierzęce
ciała, zasługującego tylko na wzgardę. Miłość zastąpiła prostytucja i
szeroko pojęta pornografia przemocy. Futuryzm, dadaizm, surrealizm wyrosły na
gruncie buntu wobec istniejącego porządku rzeczy. Artyści chcieli zniszczyć
wszystko, co pozytywne, więc nie tylko miłość, ale i będące wyrazem
pozytywnych emocji muzea, wykazać niedorzeczność ludzkich działań niewiele
więcej wartych niż dziecinne słowo „dada”, po francusku oznaczające
drewnianego konika.
Jeden z
rysunków André Warnod pokazuje „Wenecję po futuryzmie”. Nad Serrenisimą
unoszą się cepeliny i dymią kominy fabryczne. To jedna z koszmarnych wizji
futurystycznych. Surrealiści deklarowali zniesienie granicy między tym, co
rozumne, a tym, co fantastyczne. Dążyli do stworzenia lepszego świata niż
ten zastany, pragnęli osiągnąć swój cel na zasadzie wolnych skojarzeń i
podświadomości, w malarstwie dokumentowali to, co widzieli, stąd wielka rola
fotografii w ich sztuce. Chcieli anarchii we wszystkich dziedzinach, zerwali z
wszelką tradycją, atakowali każdy autorytet. Jak daleko posuwali się w swych
fantazjach dobrze wyraża postulat autora ich manifestu André Bretona:
„Najlepsze działanie surrealistyczne polega na wyjściu z rewolwerem na ulice
i strzelaniu do tłumu. Każdy kto nigdy nie odczuł chęci rozprawienia się z
tą straszną zasadą poniżenia i ogłupienia, najwyraźniej należy do tego tłumu,
a jego brzuch powinien znaleźć się na linii ognia”.
Postulat
ten, od czasu napisania tych słów, z nawiązką został spełniony, codziennie
doświadczamy niezwykle boleśnie przejawów terroryzmu w każdej postaci.
Epatuje nim nader często życie, film, literatura, malarstwo, estrada, nawet
moda. Egzystencjalny, intelektualny wybryk stał się ponurą rzeczywistością.
Dawny porządek
świata dosłownie legł w gruzach, artyści sprostali temu wezwaniu nowej
rzeczywistości. Meret Oppenheim w 1936 roku pisała: „Wolności się nie
dostaje, trzeba ja wywalczyć”. W tym roku stworzyła najsłynniejszą swoją
pracę „Filiżankę, spodek i łyżeczkę pokryte futrem”, nazwane
przez Bretona „Futrzanym śniadaniem”, w ironicznej opozycji do sławnego
„Śniadania na trawie” Maneta. Aprobata surrealistów dla tej pracy, wynikała
z pełnego spełnienia przez Oppenheim kolejnego postulatu Bretona, wyrażonego
w jego eseju „Kryzys przedmiotu”. Poeta nawoływał , by przedmiotom
codziennym nadać inną funkcję, ukatrupić bestię nawyku, wywołać poczucie
absurdu i zaskoczenia.
Od tej pory
artysta nie czekał na aplauz publiczności, lecz chciał widza sprowokować,
spowodować wybuch gniewu lub śmiechu. W wypadku pracy Oppenheim stała się
rzecz charakterystyczna dla dalszych losów dzieła i twórcy w XX wieku. Sama
artystka nie przywiązywała takiego znaczenia do tej kompozycji powstałej w
wyniku rozmowy z Picassem w paryskiej kawiarni, a dotyczącej roli kawiarni jako
miejsca artystycznych spotkań. Filiżankę z futra pokazano na pamiętnej
wystawie nowojorskiej „Sztuka fantastyczna, dada i surrealizm” w 1936 roku,
wówczas Alfred H. Barr kupił ją dla Museum of Modern Art. Ten dziwaczny i
absurdalny pomysł, jednych zachwycał, innych oburzał i to było ważne, od
tej pory w sposób istotny wzrosła rola marchandów i krytyków sztuki, którzy
stali się w końcu XX wieku bohaterami „ spisku sztuki”, tak wnikliwie
zdemaskowanego, bądź zanalizowanego przez Jeana Baudrillarda.
Wystawa,
zorganizowana w 2006 roku w paryskim Centre Pompidou, zatytułowana „Dada”,
udowodniła jak silną i trwałą pożywką dla artystów, na długie dziesięciolecia,
stały się absurdalne, szalone pomysły surrealistów i dadaistów. Mistrzem
intelektualnej dekonstrukcji, która zadecydowała o obliczu sztuki następnych
dziesięcioleci XX stulecia był Marcel Duchamp. Sztukę renesansową tworzyli głównie
Włosi, reprezentowani przez trzech geniuszy: Leonarda da Vinci, Rafaela i Michała
Anioła. Wiek XX należał do Hiszpanów i Francuzów, geniuszami tego stulecia
byli: Pablo Picasso, Salvadore Dali i Marcel Duchamp. Sztuka Picassa i Dalego
obdarzyła świat rewolucyjnymi formami i nieograniczoną niczym wyobraźnią,
często jednak ujętą w formę klasyczną. Dali był wielbicielem Rafaela i
nauk ścisłych. Zarówno Dali jak i Picasso znaleźli wielu naśladowców.
Natomiast Duchamp wycisnął nieodwracalne piętno na sposobie myślenia nie
tylko o sztuce, ale i życiu. Nie było rzeczy niemożliwych od momentu, kiedy w
1914 roku wniósł do galerii pisuar, następnie koło rowerowe, a potem suszarkę
na butelki. Tą prosto ze sklepu przyniesioną muszlę klozetową nazwał
„Fontanną” i oświadczył, że tylko artysta decyduje o tym, czy dany
przedmiot jest dziełem sztuki.
Duchamp
chciał porzucić mit artysty jako twórcy i dowiódł, że do rangi dzieła
sztuki można wynieść przedmioty codziennego użytku produkowane masowo,
rzeczy gotowe –„ready made”. Tylko artysta podejmował decyzję co ma być
tym dziełem sztuki, więc Duchamp umocnił, nie osłabił mityczną,
demiurgiczną rolę twórcy. Po niespełna dekadzie Kurt Schwitters sformułował
wszechwładzę artysty w dosadnych słowach „wszystko co wypluje artysta jest
dziełem sztuki”. Konsekwencji tego zdania nie można przecenić. Stało się
ono programem wielu, Tomek Kawiak zrozumiał myśl dadaisty dosłownie, wysyłając
na wystawy swoją plwocinę.
Niemal
wszystko, co wystawiał Duchamp było prowokacją. Skandal, który zawsze łączył
się z działaniami dadaistów stał się na dziesiątki lat dewizą artystów,
którzy pragnęli widza sprowokować, zaskoczyć, oszołomić, zadziwić, oburzyć,
epatować brzydotą, wstrętem, bezcześcić, a nade wszystko wykazać swoje
lekceważenie dla sztuki dawnej, zwłaszcza wielbionych arcydzieł. Obok owej
„Fontanny” drugim przełomowym dziełem gotowym, które spowodowało
fundamentalne konsekwencje w sposobie myślenia o sztuce, było wyszydzenie
arcydzieła kultury zachodniej, powszechnie podziwianej „Mona Lisy” Leonarda
da Vinci.
W 1919 roku
Duchamp na kolorowej reprodukcji tego obrazu domalował kobiecie wąsy i bródkę,
i dopisał tajemnicze litery L.O.O.Q., które czytane po francusku oznaczają
„Elle a chaud au cul” czyli ona ma gorący tyłek, lub ona ma ogień między
nogami, czyli jest seksualnie rozpalona. Ten wulgarny komentarz w odniesieniu do
uświęconego arcydzieła był wówczas szokujący. Dzisiaj nikogo nie dziwi, co
dowodzi ogromnego sukcesu idei dadaistycznych, fundamentalnych zmian w kulturze
codziennego myślenia nie tylko o sztuce, ale i całym świecie wartości. W
programowym bezczeszczeniu uznanych wartości Duchamp znalazł wielu naśladowców
od dadaistów, po dzień dzisiejszy, wystarczy i spojrzeć choćby na polskim
gruncie, prace Katarzyny Kozyry i Doroty Nieznalskiej.
Malarstwo,
rzeźba, grafika, muzyka, literatura, to „sztuki czyste”, natomiast
architektura i rzemiosło artystyczne spełniają głównie funkcje użytkowe.
Przekraczający wszelkie dotychczasowe normy w myśleniu artyści, ale i zwykli
ludzie przez nich uwiedzeni, chcieli mieszkać w innych niż dotychczas domach.
W całej Europie, Gombrowiczowscy Młodziakowie, mieli takie same potrzeby
zmian, nie tylko mentalnych, ale i codziennego otoczenia. W różnych krajach
budowano odmiennie, po nowemu, często w oparciu o lokalną tradycję.
Symbolem
nowych czasów były amerykańskie drapacze chmur, świątynie kapitalizmu,
wznoszono je zwłaszcza w Nowym Jorku i Chicago, najsłynniejszy z nich liczący
niemal 230 metrów wysokości Woolworth Building w Nowym Jorku stanął w 1913
roku. Drapacze chmur, symbol amerykańskiego dobrobytu, budowano również w
Moskwie i innych miastach objętych władzą sowiecką. Taką genezę miał
warszawski Pałac Kultury.
W Niemczech
początki modernizmu były odmienne, tu monumentalne formy nadawano fabrykom,
nowym „świątyniom mocy”. Takie powstawały w Berlinie, a ich fasady
przypominały świątynie greckie, jak ta w Paestum.
Gdy w
Ameryce wznoszono drapacze chmur, we Wrocławiu Hans Peltzig, w 1913 roku
skonstruował ekspresjonistyczną, potężną, żelbetonową „Halę
Stulecia”, o gigantycznej szklanej kopule, wówczas największej na świecie,
mającą uczcić setną rocznicę zwycięstwa Niemiec nad Napoleonem. Ten
budynek, jak i wielki „Teatr dla pięciu tysięcy” zbudowany dla Maxa
Reinhardta, wyrażał iście nietzscheańską „wolę mocy”. Była to
przestrzeń bez podziału na scenę i widownię, egalitarne, wszystkie miejsca
były w jednakowej cenie. Dzisiaj stanowi doskonałą scenografię dla
wystawianych tam oper Wagnera.
Tworząc to
silnie przeszklone kopułowe wnętrze, Peltzig był pod dużym wpływem Brunona
Tauta, twórcy „mitologii szkła”. Taut wierzył, że szklane budowle
zmniejszą zło na świecie, „kolorowe szkło niszczy nienawiść” - pisał
zaprzyjaźniony z architektem poeta Paul Scheerbart.
Architektura
ekspresjonistyczna dowodziła wielkiego wpływu myśli Nietzschego, wyrażającej
dionizyjskie upojenie nadczłowieka spełniającego się w owej „woli mocy”,
będącej stanem emocjonalnego dynamizmu. W malarstwie doskonałym
przedstawicielem tego nurtu był Rosjanin Wassily Kandinsky, twórca pierwszych
akwarel abstrakcyjnych, a ich muzycznym odpowiednikiem były dodekafoniczne
utwory Arnolda Schöenberga, po latach pojawił się sonoryzm.
Na przełomie
XIX i XX wieku ważne znaczenie dla nowej architektury miał czynny w Glasgow
architekt Charles R. Mackintosh związany z ruchem „Art & Kraft”. Twórcą
tego nurtu był William Morris, zmarły w 1896 roku, angielski pisarz, malarz,
rysownik, działający pod wpływem Johna Ruskina. Artyści ruchu „Art &
Kraft” najbardziej odpowiadali na potrzeby codzienności. Pragnęli stworzyć
jednolity styl łączący wszystkie dziedziny sztuki, architekturę, malarstwo,
rzemiosło artystyczne, a nawet wygląd książki, leżącej na stole, w
zaprojektowanym przez nich pokoju i domu. Celem tych artystów była utopijna chęć
ukształtowania nowego społeczeństwa, dzięki sztuce obejmującej wszystkie
dziedziny życia.
Podobne ideały
przyświecały grupie artystów pod wodzą Waltera Gropiusa, skupionych w powstałym
w 1919 roku w Weimarze „Bauhausie”, którego oddziaływanie było silne i
trwałe. W tej architekturze wielką rolę spełniały proste bryły i szklane płaszczyzny,
płaskie dachy. Podobne do ich programu ideały prostoty przyświecały muzykom,
literatom, artystom różnych branż nurtu tzw. „minimal artu” działających
w latach 60-tych XX wieku. W pierwszych latach istnienia tej szkoły budowlanej,
kładziono wielki nacisk na rzemiosło artystyczne.
Program „Bauhausu”
wykładał mistyk Johanes Itten. Jego poglądy w połączeniu z działaniami
futurystów, dadaistów i surrealistów w pewnym sensie dały podstawy
modernistycznego stosunku do sztuki. Ćwiczył on swych uczniów w umiejętności
usuwania emocjonalnych oraz intelektualnych barier. Itten postulował całkowite
zniszczenie przeszłości, zanim zbuduje się doskonałe społeczeństwo oparte
na ideach socjalistycznych. To stałe negowanie poprzedników powtarzane po
wielekroć, nie tylko przecież przez artystów „Bauhausu”, wpłynęło
wreszcie na inne sfery życia, zwłaszcza politykę. Politycy zachowywali się
tak, jakby tylko ci będący aktualnie u władzy mieli monopol na dobre rządy,
mieszanie z błotem swoich poprzedników stało się regułą, czego najboleśniejszym
przykładem był faszyzm.
Architekci
eksponowali infrastrukturę techniczną, co doprowadziło po wielu latach do
wzniesienia w 1977 roku Centre Georges Pompidou w Paryżu, początkowo bulwersującego
swymi umieszczonymi na zewnątrz rurami i windami. Dzieło dwóch architektów Włocha
Renzo Piano i Anglika Richarda Rogersa jest w tym zakresie do dziś niezastąpione.
Budynek ten wciąż szokuje swym zewnętrznym naskórkiem, ale wewnątrz posiada
dość konwencjonalne sale, nawet zbyt małe dla modnych wielkowymiarowych obrazów.
Dla
architektów modernistycznych znamienne było zainteresowanie domami i osiedlami
robotniczymi. W roku 1925 domy dla robotników projektował Le Corbusier w
osiedlu Passac koło Bordeaux. Te „maszyny do mieszkania” spełniały
postulaty ideowe, moralnej odnowy i reformy społecznej, ale były niewygodne i
niepraktyczne. Na codzienny krajobraz osiedli mieszkalnych wpłynął Le
Corbusier, nie zawsze pozytywnie. Jego Unité d'Habitation - żelbetonowe bloki
mieszkalne w Marsylii z lat 1946-1952, to „jednostki mieszkalne”,
inspirowane poglądami socjalistycznymi, rodem jeszcze z XIX wieku, były
punktem zwrotnym we współczesnej osiedlowej architekturze. Te zaprojektowane jako
idealne budynki, wpłynęły silnie na o niebo prymitywniejsze „mrówkowce”,
znane z niemal każdego kraju dawnego bloku wschodniego, również liczne w
Polsce. Le Corbusier był zafascynowany, podobnie jak futuryści, szybkością i
samochodami, jego pasja znalazła kulminację w XXI wieku.
W latach
70-tych XX wieku Alina Szapocznikow proponowała, bez powodzenia, wykonanie
gigantycznej marmurowej rzeźby samochodu. Dzisiaj rzeźby sławnych marek
samochodów wykonane w krysztale lub metalu stały się niebywale modne. Ku
chwale szczególnie cenionych marek aut, tworzy się wielkie rzeźby kinetyczne,
gigantyczne instalacje. Na festiwalu szybkości w angielskim hrabstwie West
Sussex, w setną rocznicę Audi, Gerry Judah, wzniósł 32 metrową, strzelająca
w górę metalową pętlę autostrady, na jej końcach umieścił stary i nowy
model tego samochodu. Auta inspirują wszelkiego typu twórców od tych
projektujących muzea, po tych wymyślających wzory na torebkach i formy laptopów.
Le Corbusier
był też prekursorem innych pomysłów. Na wystawie powszechnej w Paryżu wzniósł
„Świątynię Nowoczesności”. Miała to być rekonstrukcja hebrajskiego świątynnego
namiotu na pustyni. Polityczny charakter tej budowli manifestował napis
„zaczyna się nowa era solidarności” będący hasłem Frontu Ludowego,
lewicowej koalicji wówczas rządzącej Francją. Namiot uznano za świątynię
nowej modernistycznej wiary, a hasło solidarności zrobiło wielką karierę również
w Polsce pół wieku później.
Działający
współcześnie z Le Corbusierem, Auguste Perret tworzył słupowo-belkową
architekturę, bardzo lapidarną, przypominającą budownictwo drewniane, choć
pracował w żelbecie, oddziałał silnie na swoich następców bliskich i
dalszych. Modny obecnie architekt Japoński Tadeo Ando korzysta z żelbetu, w którym
tworzy proste formy nawiązujące do japońskiej świątyni. Tak uczynił wznosząc
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Fort Worth koło miasta Dallas w Teksasie. Również
Norman Foster stosuje smukłe słupy – kolumny jak te w „Carre d'Art”
(1993) w prowansalskim Nîmes, gdzie nawiązał do stojącej tuż obok doskonale
zachowanej rzymskiej świątyni zwanej „Maison Carré”. Jak jego poprzednicy
zafascynowany jest rolą szkła, czego najlepszy wyraz dał w konstrukcji
szklanej nad dziedzińcem Muzeum Brytyjskiego w Londynie. Szkło jest jednym z
ulubionych tworzyw amerykańskiego architekta pochodzenia chińskiego Ieoh Ming
Peia, twórcy m.in. wejściowej piramidy na dziedzińcu Luwru (1989) i szklanych
schodów w Muzeum Historycznym w Berlinie (2000).
Jeden z
najwybitniejszych architektów modernistycznych Frank Lloyd Wright tworzył
wille wtopione w krajobraz, jak słynny już od dawna „dom nad wodospadem” w
Pensylwanii wzniesiony dla Edgara Kaufmanna w 1936 roku. Po dziesięciu latach w
1946-1952 Wright wymyślił chyba pierwszy budynek zoomorficzny, ślimacznicową
formę dla Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku. Zoomorfizm w architekturze stał się
modny w początkach XXI wieku, zwłaszcza za sprawą hiszpańskiego architekta
Santiago Calatravy, autora wspaniałych budynków muzealnych w Walencji, z których
jeden przypomina pszczołę, inny wieloryba. Przebudowane przez niego Muzeum w
Milwaukee, usytuowane nad jeziorem Michigan, zyskało formę wielkiego ptaka, który
co rano rozpościera skrzydła, a zamyka je wieczorem. Ptak inspirował też
Calatravę, gdy projektował lotnisko w Lyonie (1994).
Rozważając
wpływ modernizmu na nasze codzienne życie nie możemy zapomnieć o zupełnie
innej funkcji budynku muzealnego, wynikającej z fundamentalnej rewolucji, jaka
dokonała się w sztuce w ostatnich dziesiątkach XX i już XXI wieku. W 1997
roku wedle projektu Franka Gehry’ego, w baskijskim stoczniowym mieście Bilbao
stanęło muzeum, które dzisiaj jest najbardziej znanym budynkiem muzealnym na
świecie. Wzniesiona na terenach dawnych doków rozłożysta rzeźbiarska forma
ni to statek flagowy, ni to rozkwitła róża, skonstruowana z blachy tytanowej
nie jest podobna do żadnego budynku, jaki kiedykolwiek przedtem powstał. Ten
budynek, sam stał się dziełem sztuki, podziwianym bardziej niż to wszystko,
co znajduje się wewnątrz. W kubicznych salach najczęściej prezentowane są
instalacje, różnej wartości, lub pokazy wideo, obiekt ten trudno nazwać
muzeum, gdyż jest to raczej galeria nieustannie zmienianych wystaw. Ostatnio,
we wnętrzu tej galerii w Bilbao, Andrea Frascher pokazała film wideo nazwany
„Mały Frank i jego karp”. Artystka wykonała lubieżny taniec, w którym
oddawała się budynkowi, na koniec ocierając się o jeden ze słupów doznała
erotycznej rozkoszy.
W gruncie
rzeczy spełniło się marzenie futurystów odrzucających wszelkie autorytety i
dosłownie niszczących muzea, do czego nawoływał w 1909 roku poeta Filippo
Marinetti, w swoim manifeście, więc dokładnie przed stu laty. Obecnie wielu
kuratorów muzeów sztuki dawnej pod przymusem mody umieszcza w stałej
ekspozycji obok dzieł dawnych również instalacje i twory najnowsze. Taką
sytuację możemy oglądać w paryskim Luwrze, pałacu Fontainebleau, w Castello
Sforzesco w Mediolanie, gdzie obrazy mistrzów włoskiego renesansu, wraz z Pietą
Rondanini Michała Anioła, znosić muszą towarzystwo współczesnych obrazów
oraz instalacji. Takie zestawienia budzą irytację, ale przecież istnieje cała
rzesza odbiorców aprobujących taki stan rzeczy. Może ich przyzwolenie wynika
z ignorancji? A może z kultu brzydoty? Niektórzy, po raz pierwszy w życiu są
w tych muzeach i przyjmują takie zaskakujące sąsiedztwo za naturalne.
Piękno stało
się niemodne, wręcz synonimem kiczu, na margines spycha się artystów, których
jest ono celem. Już w 1939 roku sławny krytyk Clement Greenberg poświęcił
studium zagadnieniu „Awangardy i kiczu”. Dzisiaj, angielski filozof Roger Scruton uważa, że odrzucenie piękna pozbawiło współczesnego człowieka
radości życia. Ostatnia inscenizacja Krzysztofa Warlikowskiego „Króla
Rogera” w operze paryskiej jest znakomitym przykładem tego, jak niszczy się
piękno. W miejsce miłości pokazano, śmierć, narcyzm i profanację. Taka
wizja nie daje szczęścia. Ale w zakresie inscenizacji operowych mamy na szczęście
znakomitego Mariusza Trelińskiego, dla którego piękno jest istotnym składnikiem
spektaklu.
Pomysłowość
w zakresie ekspansji sztuki nowej nie zna granic. Zaciera się coraz bardziej
granica między sztuką, a codziennością. Prezentuje się współczesne obrazy
i rzeźby w hotelach, gdzie znajdują one widzów, niejako z przymusu. Takie
hotele istnieją m.in. w Atenach, Berlinie, Budapeszcie, nawet w Polsce np. w łódzkiej
Manufakturze i sopockim hotelu o dadaistycznej nazwie i wyposażeniu „Lalala”.
Galerie w hotelach doskonale ukazują potrzebę związania sztuki z codziennością.
Prekursorami takich pomysłów byli Japończycy, którzy od lat 70 –tych XX
wieku, lokowali galerie sztuki na najwyższych piętrach domów towarowych.
Nowa sztuka
nie potrzebuje muzeów w tradycyjnej formie. Sztuka wideo, happeningu,
instalacji w samej swej istocie jest niemuzealna. Można ją pokazywać w
specjalnie stworzonych przestrzeniach. Dobrze na ten cel nadają się wnętrza
poprzemysłowe, jak sławne już Tate Modern w Londynie, urządzone w starej
elektrowni. W Polsce niedawno otwarto wspaniale muzeum sztuki współczesnej w
Manufakturze w Łodzi, czyli dawnej fabryce Poznańskiego. W Krakowie muzeum
sztuki współczesnej ulokowano w fabryce Schindlera „Emalia”, dzięki której
podczas okupacji, właściciel ocalił od zagłady ponad 1000 Żydów, co ukazał
Spielberg w znakomitym filmie „Lista Schindlera”.
W Rzymie
wzniesiono futurystyczny budynek Muzeum Sztuki XX i XXI wieku projektu sławnej
Irakijki Zaha Hadid. To pierwsze muzeum mieszczące archiwa sławnych architektów.
W San Francisco Daniel Libeskind zaprojektował nowoczesną część do starej
elektrowni, jako Muzeum Żydowskie. Błękitne bryły składają się na słowo
hebrajskie l'chaim - życie. Kilka budynków muzealnych wzniósł lub
zmodernizował w Stanach Zjednoczonych Renzo Piano, miedzy innymi w mieszczącym
skarby sztuki modernizmu Art Institute w Chicago. Nowe budynki muzealne stanowią
obecnie najbardziej twórczy dział architektury.
Nie ulega wątpliwości,
że architektura, nie malarstwo, była przez ostatnie dziesięciolecia królową
sztuk, choć ma już za sobą czasy świetności. Wszyscy są mocno zmęczeni
dziwacznością i ekstrawagancją budynków, bowiem technologia pozwala na
wykonanie najbardziej wykrzywionej i niedorzecznej konstrukcji. Z powodu kryzysu
odrzucono wielkie plany budowy zespołu falujących jak płomienie wież w
Dubaju, szklanej wieży, wysokości 612 metrów Normana Fostera w Moskwie.
Zaniechano całkowitej przebudowy Brooklynu w Nowym Jorku, według projektu
Franka Gehgry'ego, większość domów wyglądałaby jakby za chwile miała runąć.
Ta
nonszalancja i dziwaczność dotyczy też obiektów sztuk plastycznych. Wiele
tworów powstałych w ostatnich dziesięcioleciach nie przetrwa próby czasu, głównie
ze względu na kiepskie materiały, wtórność, brzydotę, obrzydliwość,
arogancję, epatowanie zbrodnią, ale i nudą. Na świecie, również w Polsce
podejmuje się próby odejścia od tego już starego schematu, jaką była
figuratywna sztuka „Nowych dawnych mistrzów” sprowadzonych przez Donalda
Kuspita i Krzysztofa Izdebskiego z Los Angeles, która natrafiła na gwałtowny,
zwarty opór „awangardyków”, jak nazywa twórców post sztuki Paweł Huelle.
Wystawa miała miejsce w 2006 roku w Oddziale Muzeum Narodowego w Gdańsku, w Pałacu
Opatów w Oliwie. Krytyka prasowa zrobiła wszystko, by obrazy dwóch artystów
gdańskich, którzy tam wystawiali: Krzysztofa Izdebskiego i Macieja Świeszewskiego
zlekceważyć, choć stanowią one nadal, już tylko samą rzetelnością
warsztatową, alternatywną propozycje wobec dominującego blagierstwa. I to nie
tylko w Polsce, ale na całym świecie, bowiem wszystko, co się ostatnio
dzieje, ma swoje odpowiedniki w skali globalnej.
Modernizm i
postmodernistyczny świat sztuki przyzwyczaił nas do absurdu i wręcz kultu
brzydoty. Potrzeba piękna niemal nie istnieje, przyczółkiem są pewne domeny
rzemiosła artystycznego w tradycyjnym swym znaczeniu, jak na przykład stale
atrakcyjna porcelana Rosenthala. Takie firmy, jak założone jeszcze w XIX
wieku, Christofle czy Puiforcat, należąca teraz do domu mody Hermes, wytwarzają
naczynia stołowe - dzbanki, cukiernice w tradycyjnych formach, nie tylko ze złota
lub srebra, ale także z modnych materiałów różowego tytanu i plastiku,
przypominającego kamień, zwanego corianem. Te luksusowe przedmioty, w gruncie
rzeczy to sztuka dla sztuki, bowiem nie są potrzebne do zjedzenia śniadania,
czy napicia się kawy. Pełnią rolę współczesnej biżuterii stołowej, jak
dawniej solniczka Celliniego wykonana dla króla Franciszka I, lub figurki miśnieńskie
umilające uczty od czasów saskich. Modernizm zmienił zastawy stołowe, formy
talerzy, noży, widelców na proste, geometryczne, często kanciaste. Wielce do
tego przyczynili się twórcy „Bauhausu” dążąc do największej prostoty.
Czasy „art deco”, tak teraz modne, słynęły z form specyficznych kryształowych
dekoracji.
W latach
20-tych w tym zakresie pojawiło się sporo twórczych indywidualności.
Niedawno, z okazji aukcji dzieł sztuki należących do Yves Saint Laurenta i
jego przyjaciela Pierre´a Bergé, przypomniano niezwykłą artystkę Eileen
Gray. Zaprojektowany przez nią fotel Serpent, skórzany, z wymyślnymi rzeźbionymi
drewnianymi oparciami, został sprzedany za 22 miliony euro, była to najwyższa
cena jaka kiedykolwiek padła za obiekt sztuki dekoracyjnej powstały w XX
stuleciu. Twórczyni tego fotela była niezwykle modna w latach dwudziestych,
zaprojektowała, z myślą o siostrze, która lubiła jeść śniadania w łóżku,
stolik E-1027 najbardziej bodaj znany sprzęt modernizmu. Gray była
wszechstronna, zaprojektowała również dom dla siebie zwany Willa E-1027 na
morskim urwisku z pięknym widokiem, wedle zasady, maksimum komfortu na
minimalnej przestrzeni. Le Corbousier, który się z nią wówczas przyjaźnił
wiele zawdzięcza talentowi Gray. Artystka poznała doskonale metodę produkcji
wyrobów z laki. Projektowała z
niej parawany do kreowanych przez siebie luksusowych wnętrz, które przyniosły
jej sławę.
Mniej wymyślne
przedmioty codziennego użytku o nowych formach tworzono na większą, popularną
skalę. Zarówno w rzemiośle artystycznym, jak i modzie często zwracano się wówczas
do sztuki japońskiej lub iberyjskiej, która inspirowała krawców, fryzjerów,
modystki. Trzeba też nie zapominać, że wielka sztuka wpływała przez dziesiątki
lat na wygląd witryn różnych magazynów i sklepów. Dzisiaj projektanci mody
prześcigają się w dadaistycznych pomysłach. W nowej kolekcji mody na jesień-zimę
2009/2010 Aleksander McQueen proponuje na głowy klatki dla ptaków lub
parasole, Karl Lagerfeld hełm kosmiczny pokryty futrem, Armani poleca płaszcz
obszyty czymś w rodzaju płyt kompaktowych.
W tym
zalewie nonsensów oraz irracjonalnym zamęcie są artyści, którzy tworzą
dzieła, pod każdym względem niezwykłe, jak na przykład Olaf Eliasson,
niegdyś skandynawski mistrz breakdance, który w 2002 roku zainstalował
gigantyczny, świecący krąg słońca w londyńskiej Sali Turbin w Tate Modern.
Ogromne, sztuczne słońce, stale świecące we wnętrzu, wywołuje w pierwszej
chwili wrażenie cudu, przechwycenia jednej z boskich tajemnic. Eliasson
doskonale zrozumiał zasady dzisiejszego rynku sztuki, który tworzy się nie
subtelnością pomysłu, lecz zaskoczeniem. Zgodnie z takim założeniem,
artysta ustawił w 2008 roku w Nowym Jorku na East River cztery sztuczne
wodospady, wysokie na 30 metrów. Ostatnio i on uległ magii samochodu projektując
wielki model BMW wystawiany w monachijskiej Pinakothek der Moderne. Artysta
wykonując wielkie rozmiarami prace, nie może pracować sam, zatrudnia wiec cały
zespół ludzi. Miał znakomitego poprzednika w mistrzu pop-artu Andy Warholu.
Ten angażował znajomych do swoich serigrafii, multiplikujących puszki po Coca
Coli lub zupie Campbella. Wówczas, na wielką skalę, banalny przedmiot
codzienny, wedle recepty Duchampa, stał się dziełem sztuki. Dzisiaj artyści
często nawet nie oglądają swoich produkowanych seryjnie prac sprzedawanych w
Internecie.
Eliasson
zaprzyjaźnił się z polskim akcjonistą Pawłem Althamerem i w planowanej
przez niego galerii rzeźby na warszawskim Bródnie wystawi swój „Kalejdoskop
lodowy”. Artyści odchodzą od tradycyjnych stojących, wiszących lub nawet
opakowanych rzeźb lub budynków, jak to czynili Joseph Beuys i Christi, by
stworzyć zupełnie nową formę- rzeźby społecznej. Rzeźby zaczynają istnieć
nie jako przedmiot, lecz jako sytuacja, relacja między ludźmi. Niektóre z
tych pomysłów są porywające i wspaniałe!
Paweł
Althamer z okazji 20 rocznicy wolnych wyborów 4 czerwca 2009 roku zaprosił 150
swoich sąsiadów z mrówkowca na warszawskim Bródnie, gdzie mieszka od 30 lat,
by w złotych kombinezonach, jako złoci kosmici polecieli złotym samolotem do
Brukseli. Wszyscy przeżyli radosny dzień w stolicy Unii Europejskiej i
wieczorem wrócili do swoich mieszkań. Pomysł fantastyczny, efekt oszałamiający!
Artysta od lat realizuje pomysł bycia kosmonautą, który odkrywa planetę
Ziemię. Środek kosmosu znajduje się zawsze tam, gdzie jest on, więc takim pępkiem
świata jest jego osiedle Bródno. O ile sytuacja zmieniła się od czasów, gdy
Izabela Czartoryska w początkach XIX wieku na mapie świata zaznaczała złotą
szpilką swoje Puławy, jako takie centrum? Wówczas była to sytuacja elitarna,
teraz, dzięki internetowi i telewizji, uczestniczą w takim święcie miliony.
Ale akcje artystów takich jak Althamer, nawet bardziej dowodzą demokratyzacji
życia, niż sztuki, zatarcia granicy między sztuką, a dniem codziennym w
stopniu maksymalnym i w stopniu dawniej niespotykanym. W czasach Izabeli
Czartoryskiej, życie stawało się sztuką tylko dla warstwy wybranej, dzisiaj
jest to osiągalne, dla bardzo wielu.
Na ostatnim
Biennale w Wenecji, zaskoczył widzów przechodzących koło pawilonów
Norwegii, Szwecji i Danii, wielki kwadratowy basen z pływającym manekinem
trupa. Ten pomysł rodem z filmów Hitchcocka zatrzymał na chwilę widzów
spieszących do nowych atrakcji, od których kłębiło się w tym wymyślnym
lunaparku, jakim była tegoroczna przestrzeń Biennale.
Modernizm i
postmodernizm przyzwyczaił nas do tego, że każdy absurd jest możliwy, albo
inaczej, że nie ma rzeczy niemożliwych. Ostatnio byliśmy świadkami sytuacji
jeszcze niedawno niewyobrażalnej. 26 czerwca 2009 roku umarł Michael Jackson
– król popu, świat dosłownie zamarł w żalu. Wiadomość o jego śmierci
obiegła wszystkie kontynenty, wywołała burze emocji, transmisje z uroczystego
pożegnania piosenkarza oglądało miliard ludzi na całym świecie, czyli 1/6
ludzkości. Nigdy żaden artysta, ani Michał Anioł, ani Maria Callas, ani
nawet Elvis Presley nie byli tak opłakiwani. Nie można i nie ma potrzeby w tej
sytuacji, odcedzać prawdziwego żalu od komercji. Piosenkarz wykreował siebie
na rodzaj nadczłowieka, sam stworzył jakby inną rasę. Nie był czarny, ani
biały, nie był mężczyzną ani kobietą, nie miał też wieku.
Z tęsknoty
za doskonałym pięknem upodobnił się do swojego ideału, piosenkarki Diany
Ross. Operacje plastyczne dały mu jej twarz – kształt ust i oczu. Był ojcem
trójki dzieci, a jednocześnie nigdy nie dorosłym psychicznie Piotrusiem
Panem. Jego szczupłe ciało promieniowało niezwykłą energią, jego ruchy
taneczne, zwinnej czarnej pantery, dynamicznie rozsadzały powietrze, ale
jednocześnie miały w sobie coś mechanicznego, jakby był nowym
Frankensteinem, pięknym, sprawnym, ale jednak sztucznym człowiekiem. Właściwie
nie miał życia prywatnego, własnej intymności, spalał się cały na scenie,
w blasku fleszy i reflektorów laserowych.
Był postacią
niezwykłą, zaspakajał tajemnicze, wręcz mroczne potrzeby nieśmiertelności,
zaznanej tu na ziemi, był idolem popkultury, ale jakim stał się z biegiem lat
człowiekiem? Jak napisał Łukasz Musiał na łamach „Tygodnika
Powszechnego”, zastanawiając się nad antropologicznym fenomenem Jacksona, król
popu został wykreowany na rodzaj „work in progress”, upiornego projektu
biologicznego, może w chwili śmierci zatrzymanego w pól drogi, między istota
ludzką, a cyborgiem, mężczyzną a kobietą, dzieckiem a dorosłym, hetero -a-
homoseksualistą, białym a czarnym. Dążył do ideału piękna, które opiera
się czasowi. Mając 50 lat wyglądał jak bezczasowy manekin.
Czyżby
nowy, lepszy człowiek stworzony dzięki postępowi nauki? Pod koniec życia
przypominał raczej upiora z pierwszego teledysku „Thriller” (1982), który
przyniósł mu sławę i fortunę. Czyżby losy Jacksona stały się ostrzeżeniem
dla wielu artystów gotowych dla sukcesu na każdy eksperyment, nawet jeśli
prowadzi do śmierci, w tym zatraceniu granicy miedzy życiem, a sztuką. Wygląda
na to, że król popu był żywym, dramatycznym przykładem najdalej idącej w
samozniszczeniu „sztuki ciała”, bo nie była to droga samozagłady ani
Vincenta van Gogha, ani Ives Kleina.
Siła oddziaływania
Jacksona była piorunująca, a konsekwencje tej siły groźne i niezwykle poważne
w skali powszechnej, w pewnym sensie ten czarno-biały piosenkarz ułatwił
wyborcze zwycięstwo prezydentowi Barackowi Obamie. Społeczeństwo amerykańskie
miało już czarnego bohatera pop-kultury, teraz ma też swego czarnego
prezydenta. Fenomen Ameryki polega na tym, że tamtejsze wybory mają wpływ na
losy świata. Tak jak Jackson stał się światowym idolem pewnej „ciemnej
strony mocy”, tak wykształcony, racjonalny, kulturalny Barack Obama - jego całkowite
przeciwieństwo, stał się królem porządku i jasności, panującym nad
irracjonalnym, mrocznym chaosem. Trudno o większy wpływ sztuki na życie.
Sztuka,
może nawet bardziej niż kiedykolwiek, wpływa na zwiększenie poczucia
powszechnego luksusu życia codziennego. W nowojorskim Metropolitan Museum urządzono
ekspozycję zegarków, na których tarczy odtworzono z wielką precyzją maski
afrykańskie i polinezyjskie. Pamiętamy, jak przed laty Yves Saint Laurent
zaprojektował suknie o wzorze zaczerpniętym z obrazu Mondriana. Picasso i
Lucian Freud projektowali etykiety na butelki wina Château Mouton Rothschild.
Właściciele
domów mody angażują wybitnych architektów. Firma Chanel w 2007 roku zamówiła
u modnej, już wspominanej architektki Zahy Hadid, pawilon, specjalne na pokaz
sztuki zainspirowanej chanelowskimi torebkami. W 2009 roku pomysł ten znalazł
odbicie w aktualnie czynnej wystawie, zabytkowych torebek ze zbiorów Muzeum
Narodowego w Krakowie. Wytwórca luksusowych akcesoriów podróżnych Louis
Vuitton, Franckowi Gehry’emu powierzył zaprojektowanie wnętrza budynku firmy
w Paryżu. Na wykonanej ze złota i emalii luksusowej biżuterii oraz szalach
firmy „Frey Wille”, jej salon znajduje się również na warszawskim Nowym
Świecie, projektanci umieszczają motywy z obrazów Claude'a Moneta, Gustava
Klimta i wzory japońskie. Suknie, torby, buty, zegarki, biżuteria stają się
coraz częściej dziełami sztuki, ich kupowanie zaś, lokatą kapitału w
przedmioty artystyczne. Codzienność stała się sztuką, ale demokratyczną,
dostępną dla o niebo większej warstwy społecznej, niż było to jeszcze w
pierwszej połowie XX wieku.
Mimo różnych
ekstrawagancji sztuka dawna ma się dobrze. W Atenach, u stóp Akropolu,
Amerykanin Bernard Tschumi zaprojektował, optycznie lekki, długi budynek,
otwarty w czerwcu tego roku. Mieści teraz zbiory dawnego Muzeum Akropolu, które
„oddychają” w dużej przestrzeni, dziesięciokrotnie większej niż ta w
starym gmachu z 1874 roku. Stale powstają nowe budynki dla dawnych zbiorów.
Muzeum Sztuki Islamskiej w Dausze w Katarze, ze zbiorami sztuki islamu od VII
– XIX wieku, zaprojektował 91 letni Pei. W Katarze ma też stanąć
nowoczesny gmach Muzeum Narodowego, projektu innej gwiazdy architektury,
Francuza, Jeana Nouvela.
Na sztucznej
wyspie Saadijat, ten sam Nouvel projektuje Luwr Abu Zabi, który ma zostać
otwarty w 2013 roku. Szejk za prawo używania nazwy i wypożyczone z Luwru
eksponaty zapłacił 555 milionów dolarów. Pomysł do niedawna niewyobrażalnie
ekstrawagancki, ale znamienny dla nowych czasów jednoczących na prawach równości
Wschód z Zachodem. Doskonały aneks do prowadzonych, niegdyś na stronach sławnej
książki, dyskusji, między, już nieżyjącym profesorem Edwardem W. Saidem i
dyrygentem Danielem Barenboimem! Obaj wymyślili m.in. sławną orkiestrę łącząca
palestyńskich oraz izraelskich muzyków!
Dawna
sztuka, której podstawą było wyobrażenie piękna i głębszej refleksji nad
człowiekiem nadal stanowi niewzruszony bastion ludzkiej kultury. Sztuka ta, a mówimy
o malarstwie, rzeźbie, grafice, przetrwała niezniszczona i pod dobra opieką w
wielkich i sławnych muzeach Londynu, Paryża, Madrytu, Florencji, Rzymu i w
Stanach Zjednoczonych, szczególnie w Nowym Jorku, Waszyngtonie i w Bostonie.
Te wielkie
muzea wzięły na siebie ciężar oferowania sztuki milionom ludzi na całym świecie,
nie tylko w wystawach stałych, ale także wspaniałych ekspozycjach czasowych,
którym towarzyszą imponujące katalogi, dające kompendium wiedzy o mistrzach
i wielkich obszarach dawnej sztuki. Te muzea stały się instytutami zastępującymi
często uniwersytety. Pracujące tam zespoły ludzi o najwyższych
kwalifikacjach, badają dzieła dawnych mistrzów stosując najnowocześniejsze
osiągnięcia wiedzy humanistycznej, ale i technicznej.
Sztuka, ta
dawna i nowa, to najistotniejsza część ludzkiej kultury, mimo wielu krytyków
i oponentów, pozostanie nieodłączną częścią ludzkiego świata, z której
codzienność będzie nieustannie czerpała.
A dawna
sztuka nie umiera, jest wciąż żywa. Dowiedli tego Włosi, latem tego roku, na
wystawie portretu barokowego, ustawiając we florenckim Museo Nazionale del
Bargello, naprzeciw siebie popiersia Gianlorenza Berniniego i Constanzy
Bonarelli, namiętnie w siebie wpatrzonych. Między artystą i jego modelką, którą
do szaleństwa kochał, również dzisiaj, wytwarza się, wyczuwalne dla widza,
pełne napięcia pole erotyczne. Wielka sztuka barokowa uzyskała tu aktualny
status, przypomniała jeden z codziennych dni w życiu zakochanych. Człowiek
potrzebuje miłości i piękna, dąży do szczęścia. Wbrew tendencji do
bezczeszczenia wszystkiego, co przynosi radość i harmonię, tendencji trwającej
od czasów obu wielkich wojen, wzmocnionej okrucieństwami terroryzmu XX i XXI
wieku.
[Tekst ukazał się w formie drukowanej w Gdańskim Kwartalniku Artystycznym „Bliza”,
Nr 1, Jesień 2009.]