JAN BERSKI
OMIJAJĄC
SŁOWO. ROZMOWA Z HENRYKIEM TOMASZEWSKIM
Ubiegłoroczne Warszawskie Spotkania Teatralne (1978), mimo iż upłynęły w
atmosferze podniecenia, w pogoni za biletami do Teatru Dramatycznego, w ocenie
krytyki nie wypadły rewelacyjnie. Jest wszakże coś, nad czym krytyka przeszła
niejako do porządku dziennego. Mam na myśli udział w Spotkaniach Wrocławskiego
Teatru Pantomimy. Jest rzeczą nader zastanawiającą, że doroczny festiwal
teatrów dramatycznych, otwierał spektakl – „Spór” Henryka
Tomaszewskiego – który po pierwsze jest teatrem autorskim, po wtóre – i to
jest o wiele ważniejsze – nie jest utrzymany w konwencji sztuki teatralnej
teatru dramatycznego, ale należy do konwencji teatru choreograficznego.
Wprawdzie w spektaklach teatru Tomaszewskiego dominuje pantomima nieobca przecież
teatrowi dramatycznemu, ale sposób jej reżyserskiej obróbki jest typowy dla
dzieła sztuki choreograficznej. Stosowana w „Sporze”, jak i pozostałych
spektaklach Tomaszewskiego pantomima nie jest tylko epickim gestem i mimiką,
lecz pantomimą przekazującą wyrażenia, których istotny sens tkwi w
opowiedzeniu: jak się wydarzyło, jaką wywołało reakcję, podczas gdy
element pantomimy w dramacie wspiera przede wszystkim samą narrację, tj.
anegdotę zdarzenia, czyli to, „co” się wydarzyło.
Przeglądając program XIX Warszawskich Spotkań Teatralnych pierwszą rzeczą,
jaka zwraca naszą uwagę, jest fakt, że na osiem przedstawionych spektakli dwa
(„Śmierć w starych dekoracjach”, „Cudzoziemka”) powstały „według”
literatury nie przeznaczonej dla teatru. Trzeci spektakl („Z biegiem lat, z
biegiem dni...”), jest reżyserowany według uprzednio sporządzonego
scenariusza, w którym zawarte są teksty dziewięciu różnych autorów.
Ponadto „Spór” został zgodnie uznany także za spektakl „według” (o
czym za chwilę).
Fakty te zdają się być przyczynkiem nie tylko do zachodzących zmian we współczesnym
teatrze, ale także do oceny stanu przesilenia w tradycyjnej dramaturgii
teatralnej – w dramatopisarstwie. Cokolwiek dalej powiedzieć o dzisiejszym
teatrze dramatycznym, nie ulega wątpliwości, iż spektakle Wrocławskiego
Teatru Pantomimy stworzone przez Tomaszewskiego należą do innego kręgu
teatralnego niż dramat - jest to krąg sztuki choreograficznej. I nad tym spróbujmy
się chwilę zatrzymać.
W programie „Sporu” jest wyraźna informacja, że scenariusz, reżyseria i
choreografia są dziełem Tomaszewskiego. Dopiero jako dalszoplanowe uzupełnienie
czytamy, że scenariusz ten jest „swobodną” adaptacją „Dysputy”
Marivaux oraz, że w I akcie „Sporu” wykorzystano również wątek jednego z
mało znanych utworów Lope de Vegi. A jednak owa „swobodna adaptacja” i owo
„wykorzystanie wątku” przysłoniły niejako obraz dzieła stworzonego przez
Tomaszewskiego. „Spór” został zgodnie uznany za sztukę powstałą „według”
Marivaux i de Vegi. Zofia Sieradzka („Teatr”, nr 2/79) poszła nawet tak
daleko, by stwierdzić, że w spektaklu Tomaszewski: „wykorzystał tekst
Marivaux i Lope de Vegi ” co jest oczywiście informacją błędną – ani
jedno słowo tekstu Marivaux czy de Vegi nie padło tam ze sceny.
Nie zahaczałbym nawet o ten temat, gdyby sprawa nie miała zasadniczego
znaczenia. Otóż ponad wszelką wątpliwość da się udowodnić, że znakomita
większość pomnikowych dzieł sztuki powstała nie na zasadzie deus ex
machina, lecz właśnie „według”. Watykańska pieta Michała Anioła powstała
według wzorca piety średniowiecznej. Całe niemal malarstwo religijne od
Tycjana do Rubensa, Rembrandta, El Gréca: te wszystkie biczowania, piety, zdjęcia
z krzyża, złożenia do grobu itd. powstały według wzorców zachowanych w
ikonografii tematu poprzednich stuleci. Shakespeare, Goethe, Wyspiański też
sami wszystkiego nie wymyślili, każdy z nich coś gdzieś widział, oglądał,
przeczytał, a jednak nikt ich dziełom „według” nie przypisuje.
Na pewno „Cudzoziemka” w reżyserii Anny Lutosławskiej w Teatrze Miniatur w
Krakowie jest sztuką teatralną „według” – zrobioną na podstawie powieści
Marii Kuncewiczowej. Ale „Spór” Tomaszewskiego już niewiele ma wspólnego
z tymi zabiegami. Ciekawe, że u nas, i to właśnie w sztuce teatru
choreograficznego, tak niechętnie orzekamy samodzielność i autentyczność
powstałego dzieła sztuki choreograficznej. Teatr dramatyczny jest u nas
samodzielny, twórczy, autentyczny – ale teatr choreograficzny jest najczęściej
„według”. A jednak właśnie dzieło sztuki choreograficznej – jakim jest
„Spór” Tomaszewskiego – otwierał ostatnie Spotkania Teatralne.
Ale to jeszcze nie wszystko czym dałoby się teatrowi dramatycznemu poświecić
w oczy.
Jak gdyby już na dobre przebrzmiały, tak żywe jeszcze niedawno, dyskusje o
kryzysie teatru. Dziś już wiemy, że kryzys dotyczył nie tyle samego teatru,
co raczej tradycyjnej dramaturgii teatralnej – „słowo” jakby nagle zaczęło
tracić swą moc. „Dzisiejszy teatr – powiada Zbigniew Raszewski (1) – sam
zwraca się w stronę środków wyrazu, które w pantomimie mają przywilej wyłączności
(…) Cały teatr jest dzisiaj bardziej mimiczny, i to nie tylko z uwagi na
swoje upodobania do gestu, ale także z uwagi na swój stosunek do słów.
Weszliśmy w czasy mowy tak niejasnej, że sama mowa stała się pewną formą
milczenia”. Tymczasem, jako że i teatr nie znosi próżni (czytaj:
milczenia), zaczęły powstawać teatry o nowym obliczu.
Z chwilowego chaosu, spowodowanego ideą teatru symultanicznego, totalnego i
czegoś tam jeszcze, wyłonił się teatr chyba słusznie nazywany teatrem
autorskim. Mamy ich w Polsce kilka, przede wszystkim teatr Grotowskiego,
Kantora, Szajny. Twórcy ci zdobyli zasłużony rozgłos, wbiegający daleko
poza granice kraju, ale... Ale teatr dramatyczny, dufny w swe osiągnięcia,
stracił trochę z pola widzenia Wrocławski Teatr Pantomimy Henryka
Tomaszewskiego, który 23 lata temu jako pierwszy powołał do życia, wykształcił
i ukształtował teatr autorski, na kilka lat przed pojawieniem się teatru
Grotowskiego czy Szajny. I co niemniej ważne: Tomaszewski nie dał się zdystansować – jest ciągle
obecny w panoramie naszego teatru, przede wszystkim jako twórca nowo powstających
dramatów choreografowanej pantomimy, ale też jako reżyser w dramacie.
Przed laty reżyserował Tomaszewski w Poznaniu „Marata-Sade'a” w teatrze
dramatycznym z aktorami dramatu. Pewnego rodzaju jednostajność (czytaj:
jednolitość) tego przedstawienia była wynikiem wprowadzenia przez reżysera
do dramatu pantomimy, nie tyle „naśladowczej”, co właśnie
„wyrazowej”, może należałoby powiedzieć: pantomimy
„wyrazowo-przestrzennej” – pokazując drogą ewolucji nie tylko
psychologiczne sylwetki bohaterów dramatu; poprzez działania aktorów
pantomima ta tworzyła szczególną atmosferę danej sytuacji scenicznej.
Atmosferę wyrażaną nie przez spięcia i konflikty dramaturgiczne, lecz przez
nieustanne (ewolucyjne) sceniczne dzianie się „ruchu”, który wypełnia
niejako psychologiczne „wnętrze” całej sytuacji, w jakiej znaleźli się
bohaterowie dramatu.
Ta wyrazowo-przestrzenna pantomima, rozgrywająca się na całej płaszczyźnie
sceny, którą reżyser miał do dyspozycji, dodawała poszczególnym scenom
dramatu specyficznej konsystencji – zagęszczenia teatralnej materii, innymi słowy:
dramatycznej struktury całego spektaklu. I to jest w naszym teatrze novum
wprowadzone przez doświadczenia teatralne Henryka Tomaszewskiego – najpierw,
w spektaklach – programach Wrocławskiego Teatru Pantomimy, potem zaś
przeniesione na grunt teatru dramatycznego.
W krakowskiej realizacji „Matki” Stanisława Witkiewicza w reżyserii
Jerzego Jarockiego, aktorka Ewa Lasek stworzyła wspaniałą postać. Ale środki,
jakimi Ewa Lasek wyraża postać Matki, były jakby wyjęte z
„wyrazowo-przestrzennej” pantomimy teatru Tomaszewskiego. Natomiast Jerzy
Grzegorzewski do „Nie-Boskiej komedii” w Teatrze Polskim we Wrocławiu
zaangażował (do dramatu) mima-tancerkę Danutę Kisiel. Rola włączona do
„Nie-Boskiej” jest już niemalże cytatem z teatru, który stworzył
Tomaszewski. W „Warszawiankę” Wyspiańskiego (również w Krakowie)
wmontował Tomaszewski całą, niemal osobną, scenę pantomimy
wyrazowo-przestrzennej.
Natomiast we Wrocławiu w Teatrze Polskim reżyseruje Tomaszewski „Grę w
zabijanego” Ionesco, ale tutaj będziemy mieli do czynienia tylko z jedną
postacią mima, którego stworzy Tomaszewski środkami pantomimy, wprost dodając
tę postać do tekstu Ionesco. Ten jeden mim – notabene rewelacyjna rola
Erwina Nowiaszaka – przesunie jednak ciężar całej sztuki ze słowa na ciszę,
na „milczący” wyraz pantomimy wyrazowo-przestrzennej.
Etienne Decroux – największy, mim
naszych czasów przed pojawieniem się Jeana Louisa Barraulta i Marcela Marceau
– reasumując swoje doświadczenia teatralne powiada: „Jedynie słowo może
opowiedzieć to, co było, co chcielibyśmy żeby było, skąd ktoś przychodzi,
dokąd idzie, co ktoś myśli o tym, co nam czynią; ono jedno może wreszcie
wypowiedzieć abstrakcję, bez której myśl staje się prawie niemożliwa…
Mim nie może tego dokonać i nie powinien nawet próbować”. A jednak doświadczenia
teatralne następców Decrouxa zdają
się dowodzić czemuś wręcz przeciwnemu.
To prawda, że „słowa” nie da się do
dziś niczym zastąpić przy opisie anegdoty zdarzenia, nie utraciło też swej
magicznej siły w sferze agitacji i reklamy. Ale ze „słowem” w teatrze, w
ostatnich dziesięcioleciach, coś się ważnego stało – słowo, jako symbol,
metafora, wyrocznia stało się niezrozumiałym „bełkotem”. Niegdysiejszemu
„parol d'honneur” pokazuje się od dawna język. Żadne słowo nie jest już
obelgą. Zabrakło słów, które mogłyby obrazić lub zranić. Sartre, Beckett,
Frisch, Pinter nie dali nam ani jednego epitetu, którym moglibyśmy ponownie
pozłocić lub oczernić Bohatera. Nagle się okazuje – w co nie zawsze łatwo
uwierzyć – że atuty słowne wszystkim „graczom” wysunęły się z rąk.
W teatrze zapanowała „cisza”. „Być może” – powiada Marceau – „w
ciszy tej wyrwie się krzyk miłości i nadziei zawartej w ludzkich sercach”.
Kiedy teatr był zabawą, igraszką,
rekreacją, celne słowo miało swą moc. Ale dziś, kiedy od słowa zażądano
powiedzenia prawdy (także ostatecznej prawdy), nagle odsłoniły się przed
nami jego słabości: „Artystów ogarnia coś na kształt zażenowania –
powie w jednym z wywiadów Tomaszewski – obezwładniającego zawstydzenia, gdy
stoją wobec konieczności przekazania prawdziwych uczuć przez słowa... Cóż,
kiedy słowo staje się wobec nich bezradne, narzuca fałsz, jest sztuczne, zakłamane.
I tu właśnie, na tym polu, gdzie kapituluje słowo – pojawia się ruch. Ruch
omijający drażliwość słowa pokazuje to, czego słowo ukazać się lęka”.
Zauważmy, jak wypowiedź Tomaszewskiego
bliska jest myśli Antonina Artuada: „celem teatru (powiada on) nie jest rozwiązywanie
konfliktów społecznych lub psychologicznych, służenie za pole bitwy namiętnościom
moralnym – ale teatr (podkreśla Artuad)
powinien obiektywnie wyrażać tajemne prawdy.” Czego najbardziej „słowo
ukazać się lęka?” – „tajemnej prawdy”, inaczej mówiąc intymności.
Może nie jest nawet w stanie jej przekazać. Intymność obnaża w tym dosłownym
i przenośnym znaczeniu – słowo zbyt często służy kamuflażowi. Wiele
spektakli Tomaszewskiego, w tym także „Spór”, jest w znacznym stopniu
poszukiwaniem i odkrywaniem intymności – skrywanych uczuć, kompleksów. Może
właśnie w tym tkwi cały urok i sens teatru Tomaszewskiego – w sposobach,
jakimi ukazuje on ludzkie intymności.
Marek Jodłowski pisząc w „Odrze”,
(11/78) o tym spektaklu wyraził myśl, która powtarza się w szeregu
wypowiedzi dotyczących „Sporu” Tomaszewskiego. Pisze Jodłowski: „Powiem
wprost: tęsknię do takich programów jak »Ruch«, »Ziarno i skorupa«… bo
»Ziarno i skorupa« to poezja ruchu, poezja drgań, materii życia. Wobec tego
sformułowania wszystkie inne tracą trochę na ważności – bo materia życia
i poezja ruchu, to jest właśnie to, czym teatr Tomaszewskiego oddycha od lat.
Im to przydaje Tomaszewski każdorazowo osobną fabułę, tytułując ją np.:
»Płaszcz«, »Suknia«, »Salome«, »Maraton«, »Poczta«, »Ogród miłości«,
»Przyjeżdżam jutro«, »Gilgamesz«, »Noc listopadowa«...”
Tęsknota za spektaklem typu „Ziarno i
skorupa” jest tu dość znamienna. Ale rzeczywiście w „Sporze”
Tomaszewski „uciekł i zmylił pogonie”. Odszedł od klarownych kompozycji
ruchu, od rzeźbiarskiej niejako architektury ruchu, odszedł od wyraźnie
komponowanych jednolitych sekwencji i ciągów ruchowych – od tego
wszystkiego, co nazwalibyśmy pantomimą przestrzenną. Odszedł wreszcie od dosłownej
pantomimy „wyrazowej”, tj. od przedstawiania determinacji, doli i losu człowieka
– słowem uciekł w estetykę. Dając jednocześnie widzowi błahą historyjkę
— spieranie się o to, kto jest bardziej niestały w uczuciach, kobieta czy mężczyzna
(bo o tym traktuje „Spór”) – jako namiastkę nośnej idei, tej materii życia,
nieustannie obecnej w choreograficznym teatrze pantomimy Henryka Tomaszewskiego.
Nic dziwnego, że artystę, o tak wybujałej fantazji, doświadczeniu i wiedzy
teatralnej trudno przydybać w jego własnym métier.
O czym jest „Spór”? O niczym – w
sensie idei dotyczącej doli i losu człowieka. Natomiast w sensie idei wartości
estetycznych dzieła sztuki teatralnej „Spór” jest bezpośrednio -
spotkaniem klasycznej pantomimy ze współczesną choreografią, co zresztą
spotykamy u Tomaszewskiego bodaj w każdym jego programie, pośrednio zaś -
poszukiwaniem stylu minionej epoki.
Już nieraz zdarzało się Tomaszewskiemu
żonglować formami ruchu. Pokazywał nam nie tylko szycie dratewką bez nitki i
igły czy morderczy bieg w miejscu, co zresztą nieobce jest teatrowi od bardzo
dawna. Ale nowością w naszym teatrze – pokazaną już w pierwszym programie
Tomaszewskiego w roku 1956 – było wykorzystanie sylwetki mima-tancerza-aktora
jako elementu architektonicznej konstrukcji ruchu. W „Dzwonniku z Notre-Dame”
sylwetkami mimów-tancerzy zbudował Tomaszewski nawy gotyckiej katedry – i to
była pierwsza nowość w jego choreograficznym teatrze pantomimy.
Potem konstruował i formował labirynty,
rzeźby, „ruchy”, ziarna i skorupy. Całe bloki zabudowanej ludzkimi
sylwetkami przestrzeni scenicznej służyły już to do wskazania zmieniającego
się miejsca akcji, już to organizowania przestrzeni sceny dla dziejącego się
w niej dramatu. Ale nie tylko. Z ciamajdy i nieudacznika, potrafił Tomaszewski
uczynić herosa wzruszającego romansu. Pokazał w swoim teatrze studium
emocjonalnych uniesień, także w ich erotycznym rozpasaniu. Pokazał klęski
bohaterów, załamania. zwycięstwa, odkrywał bez żenady intymne determinacje,
opory, kompleksy, zawstydzenia.
Ale tym razem w „Sporze” zajął się
Tomaszewski, z całym pietyzmem, na jaki go było stać, atmosferą i szczegółem
minionej epoki, w której wyrafinowanie i ekshibicjonizm, na zmianę ze sztywną
etykietą formy, wprowadził element współczesnej, chciałoby się powiedzieć,
nagiej choreografii. Zmylił tym jednych, innych wyprowadził w pole, jeszcze
innych poirytował.
Jako główny niedostatek „Sporu”
wymienia się – brak człowieka. Rzeczywiście w „Sporze” jest mnóstwo
formalnych szczegółów o charakterze teatralnej dygresji – zapalanie świateł
na żyrandolach, perfumowanie powietrza, postacie w maskach i postacie bez
twarzy. Dopiero zza tego wszystkiego pokazuje
się nam człowiek, ale trzeba go z tej otoczki wyłuskać. Dla części
widzów jest więc człowieka za mało, bo jest on tu wciśnięty niejako w
dekorację i po uszy ubrany w kostium. A ci w negliżu są raczej igraszką w rękach
tych ukostiumowanych, przez co niewiele dowiadujemy się o ich własnym wewnętrznym
„ja”. Niemniej żywy człowiek w „Sporze” jest.
Widz przywykły w teatrze Tomaszewskiego
do rozgrywania wielkich spraw, tym razem jest wystawiony na próbę. Ma bowiem
do czynienia nie z heroicznym bohaterem, nie z siłaczem łapiącym byka za
rogi, nawet nie z wielkim duchem o wątłej posturze, ale z osobnikami z galerii
typów: wielki człowiek do małych interesów. Na pewno żaden widz nie zechce
utożsamiać się z bohaterami „Sporu”, zbyt drastycznie są mali, pospolici
(banalni?). Nikt nie czuje się adresatem anegdoty o naiwnym – nagim –
prostaczku lub elegancie spod ciemnej gwiazdy.
W „Sporze” nikt nikogo naprawdę nie
kocha ani nienawidzi. Nikomu o nic więcej nie chodzi, jak o własną zachciankę.
Brak tu bohatera wielkiego formatu, jakiegoś Syzyfa, Dedala, Maratończyka. Może
dlatego próbuje się mówić, że brakuje w „Sporze” człowieka.
„Spór” jest XV programem w 23-letniej
historii Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Wszystkie programy powstały z pomysłu
i w opracowaniu inscenizacyjno-choreograficznym Henryka Tomaszewskiego.
Nieustanna obecność tego twórcy w naszym teatrze ma jeszcze jeden
niebagatelny aspekt. Mianowicie: wrocławska szkoła pantomimy, prowadzona przez
tyle lat, wykształciła już nowe pokolenie mima-tancerza-aktora, co w
rezultacie doprowadziło do powstania kolejnych teatrów i studyjnych – także
amatorskich – teatrów pantomimy, działających z powodzeniem w Warszawie,
Lublinie, Szczecinie, Krakowie.
Ruch teatru pantomimy w Polsce powoli, ale
za to konsekwentnie i systematycznie, rozwija się i wzbogaca – bo nie tylko
urozmaica – pantomimiczny obraz naszego teatru. I jest to fakt godny szerszego
omówienia, zwłaszcza, że dzisiejszy, tak bardzo samodzielny, by nie mówić
samowystarczalny Wrocławski Teatr Pantomimy, od początku kierowany przez
Tomaszewskiego, powstał w roku 1956 jako skromne Studio Pantomimy przy Teatrze
Dramatycznym we Wrocławiu.
Na koniec pytanie, które nasuwa się
samo: dlaczego Teatr Pantomimy przetrwał? – co sprawiło, że nie stał się
przelotną efemerydą, jak tyle innych przedsięwzięć o podobnym charakterze.
Po pierwsze, sam Tomaszewski jest artystą obdarzonym talentem i temperamentem
twórcy. Po wtóre, w okresie, kiedy krystalizowała się jego osobowość
artystyczna, związany był najpierw z teatrem dramatycznym, a potem – co w
przyszłości okazać się miało najważniejsze – z inną autonomiczną
dziedziną sztuki teatralnej - z choreografią. I jej pozostał wierny do dziś.
Choreografia – ta sama dziedzina sztuki
teatralnej, która wyniosła na szczyty powodzenia i ogólnego zainteresowana
spektakle choreograficzne Ashtona, Bejarta, Limona, Grahama, Grigorowicza,
Cranko, Neumeiera, wyniosła również Parnella, Jarzynównę-Sobczak,
Tomaszewskiego, a w ostatnich latach Conrada Drzewieckiego. Dziełem każdego z
tych twórców jest indywidualnie osobny teatr, może nawet osobny „język”
choreograficzny dialogu z widzem, z problemami epoki.
Niewątpliwe jest również, iż dzieła
ich przynależą do jednego gatunku – dzieł sztuki choreograficznej.
Znamienne natomiast jest to, że początek kryzysu w teatrze dramatycznym zbiega
się z początkiem renesansu teatru choreograficznego. Renesansu, który coraz
wyraźniej wkracza na teren także polskiego teatru. A choreograficzne utwory
teatru Tomaszewskiego oraz Jarzynówny-Sobczak i Drzewieckiego mają w tych
przeobrażeniach teatralnych, dwóch ostatnich dziesięcioleci, swój wybitny
udział.
***
JAN BERSKI: — Obydwa rodzaje spektaklu
– pantomimiczny, w którym występują mimowie, i baletowy, w którym występują
tancerze, należą do jednego gatunku ruchu. Jaka więc, zdaniem Pana, zachodzi
relacja pomiędzy tańcem a pantomimą?
HENRYK TOMASZEWSKI: — Żeby powiedzieć
w skrócie – wydaje mi się, że pantomima wyrażająca pewne treści i stany,
uczucia i myśli ruchem ciała i mimiką – co wprawdzie robi również i
taniec – jest jednak bliższa teatrowi dramatycznemu. Tak też chyba zawsze było.
Zawód mima, jak i aktora polega przede wszystkim na naśladowaniu, na
mimetycznym przyswajaniu postaci.
J.B.: — To znaczy, że w pantomimie nie
występowałby element beztreściowej, asemantycznej estetyki ruchu dla samej
estetyki.
H.T.: — Uważam, że w pantomimie w ogóle
tego nie ma. W pantomimie zawsze będziemy przedstawiali „coś”, pantomima
zawsze będzie o czymś, a nigdy przedstawieniem koncertującym, w takim
znaczeniu, jak jest nim balet koncertujący. Prawda, że balet może być, i często
jest, teatrem, ale nie musi nim być, może równie dobrze być czystą formą
estetycznego ruchu i nie musi nazywać się teatrem. Natomiast teatr rozumiem
zawsze jako sprawę pewnych konfliktów i pewnych zmagań – czym balet nie
musi się koniecznie zajmować.
W moich pantomimach stawiam człowieka w
pewnych sytuacjach konfliktowych wobec otaczającego go świata, w których
zmuszony jest do podjęcia walki. W ogóle uważam, że walka określa nasz byt
– nieustannie walczymy, nawet tak oczywista czynność naszego organizmu jak
oddychanie jest przecież walką o utrzymanie życia, choć jest to przecież
„ruch” nie wyuczony, lecz wrodzony. Chcę przez to powiedzieć, że
pantomima jest w zasadzie bliższa wykonywaniu tych „ruchów” – czynności,
które identyfikujemy z naszym życiem, podczas gdy balet w swej konwencji jest
bardziej artystyczny i ekwilibrystyczny.
Podziwiam balet, ale nie jestem w stanie
identyfikować się z tancerzem, który chce przeczyć prawom ciążenia i
grawitacji, w ogóle prawom fizyki, do czego dąży taniec klasyczny – nasze
ciało nie jest w stanie „poczuć” tego typu ruchu. Chcę przez to powiedzieć,
że widz w większym stopniu odbiera balet poprzez formy ruchu estetycznego
natomiast pantomima – ponieważ ruchem zawsze „coś” pokazuje – bliższa
jest momentu identyfikacji widza z tym, co ogląda on na scenie.
J.B.: — Myślę tutaj o czym innym –
myślę o choreografowaniu, o występującej często w Pana pantomimach jakby
architekturze, plastyce ruchu. Mam często wrażenie, jak gdyby Pan rzeźbił w
materii ruchu.
H.T.: — Mówiąc zwyczajnie, bardziej
wyrobiony widz dostrzega w moim teatrze ciągi ruchowe czy elementy tańca
charakterystyczne dla baletu – to prawda. Uważam, że zasób techniki
ruchowej, z której balet korzysta na co dzień, jest w końcu jakimś zasobem
ruchów, które odpowiednio użyte mogą coś ważnego wyrażać. Nie jestem
purystą, jeśli chodzi o pantomimę... I dlatego korzystam z ruchu
choreograficznego, akrobatycznego, gimnastycznego. Wszystko zależy od właściwej
selekcji, cały trik polega na tym, co się wybierze i czy wybierze się
„to” właściwe.
J.B.: — Ale wyboru dokonuje Pan z myślą
o treści, o całości teatralnej sprawy?
H.T.: — Jasne, że przygotowując
spektakl, przeprowadzamy pewnego rodzaju analizy, najpierw samego tematu, potem
każdej postaci i dla każdej szukamy odpowiedniego materiału do jej
stworzenia, aby mogła wyrażać to, co w scenariuszu zostało założone.
Jeżeli
mam zrobić jakąś choreografię, nie jest dla mnie najważniejsze to, co mam
wyreżyserować, ale to, jakie asocjacje wywołuje we mnie temat, który
aktualnie biorę na warsztat. Asocjacje a propos danego tematu są dla mnie właściwie
podstawą do analizy i szukania odpowiednich środków wyrazu – może tak
najprościej wygląda ten tzw. proces twórczy.
J.B.: — Wracając do poprzedniego
tematu, bośmy trochę od niego odbiegli: czy nie uważa Pan, że zasadnicza różnica
między tańcem a pantomimą polega na tym, że taniec znaczy „wszystko”
zatańczyć, a pantomima „wszystko” pokazać?
H.T.: — Te granice gdzieś się przecież
zacierają. Właściwie na ten temat można mówić tylko dość ogólnie, nie aż
tak, że to jest taniec a to pantomima. Przecież jeżeli będziemy analizować
te zjawiska, to nie możemy pominąć czysto estetyzującego ruchu, będziemy więc
również, obracać się w świecie tańca – to jest jasne...
J.B.: — Nie miałem zamiaru wymuszać na
Panu sądów kategoryzujących. To zrozumiałe, że granice między tańcem a
pantomimą w którymś miejscu muszą się zacierać, bo w końcu ruch pozostaje
ruchem. Wspomniałem o tym dlatego, że kompozycje swoich przedstawień nazywa
Pan jednak „choreografią”. Nie ulega też wątpliwości, że jest w nich,
często bardzo wyraźnie, prowadzona „kompozycja ruchu”, przez co mamy już
łącznik pomiędzy spektaklem pantomimicznym a czysto choreograficznym, czy
baletowym. Chodzi teraz o to, czy – mimo wszystko – sprawa w pantomimie nie
polega na tym, żeby wszystko pokazać, a w balecie wszystko zatańczyć – czy
nie są to w końcu zasadnicze różnice?
H.T.: — W zasadzie sprawa polega na tym,
że taniec, jak i śpiew czy recytacja, jest sztuką, natomiast sama czynność
„pokazywania” sztuką nie jest, tak więc chodzi tu chyba o formę, którą
należy nazwać aktorstwem pantomimicznym.
J.B.: — Mówił Pan o bliskości
pantomimy i teatru dramatycznego. Czy wobec tego zgodzi się Pan, że teatr
dramatyczny odpowiadałby właściwie na pytanie: dlaczego coś się stało? A
pantomima na pytanie jak to się stało? – choć jest także oczywiste, że w
obu przypadkach występuje element narracji. Innymi słowy, czy zgodzi się Pan,
że w zasadzie, pantomima ciążyłaby w stronę pokazywania anegdoty i
ilustrowania narracji, natomiast teatr dramatyczny ciążyłby w stronę wyrażania,
wyrazowania anegdoty i narracji.
H.T.: — To „dlaczego” wyjdzie
zawsze. Dramat byłby pozbawiony idei, gdybyśmy w pantomimie nie odpowiedzieli
i nie pokazali wyniku jakiegoś działania.
J.B.: — Zgoda, ale na przykład w Pana
pantomimicznym opracowaniu „Hamleta” wydaje mi się, że pokazuje go Pan w
taki sposób, jakby wszyscy o nim już wszystko wiedzieli.
H.T.: — Niekoniecznie. Biorę pod uwagę,
że widz, który przychodzi do teatru, nie musi znać „Hamleta”, że nie
musiał sztuki Szekspira przeczytać przed obejrzeniem pantomimy — staram się
więc tak ją pokazać, aby każdy mógł zrozumieć akcję. Uważam, że to
jest nawet pewnym obowiązkiem pantomimy. Nie może ona obracać się li tylko w
świecie idei, to byłby absolutny błąd.
J.B.: — Jeżeli chodzi o „Hamleta”,
toczy się stały spór, dlaczego Hamlet zachowuje się tak, a nie inaczej. Możemy
zadawać sobie pytanie, dlaczego Hamlet oszalał, czy udawał szalonego, podczas
gdy Pański spektakl pokazuje przede wszystkim, jak wygląda Hamlet szalony lub
jak wygląda, gdy symuluje szaleństwo — czy nie jest tak?
H.T.: — Wydaje mi się, że w moim
spektaklu dodając własny komentarz wyraźnie pokazuję, dlaczego Hamlet udaje
szalonego.
Zasadą mojej pantomimy – jak to
przynajmniej odczuwam – jest pokazywanie człowieka najpierw stojącego na
ziemi i potem odrywającego się od niej w jakąś wyższą sferę. Żeby pokazać
tą wyższą sferę, trzeba być najpierw na ziemi, bo właśnie tutaj musi stać
się najpierw coś zwykłego, prostego, szarego, nawet coś banalnego, nawet
kiczowatego, bo i kicz jest udziałem naszego życia. Dopiero potem, zobaczywszy
człowieka w tych naszych codziennościach i identyfikując się z nim, możemy
odskoczyć w inną sferę. W trakcie naszej pracy bardzo często mówimy o
elipsie w dramaturgii – elipsa jest bardzo szybkim zwrotem – i coś takiego
jest w pantomimie, idziemy w jakimś kierunku, który wydaje się być zupełną
zwyczajnością, czymś przyziemnym, i nagle zwrot w „niebo”.
Szczególnie widoczne było to chyba w
„Przyjeżdżam jutro” – służąca mogła pracować, sprzątać, czyścić
podłogę, nakrywać do stołu i za chwilę mogła unieść się razem z tym
„gościem”, na tymże stole, w zupełnie inne regiony. To „unoszenie się”
jest chyba charakterystyczne właśnie dla pantomimy. Jeśli miałbym mówić o
jakichś zasadach w swojej twórczości, to tak właśnie bym je określił. Również
według tej zasady pracowałem nad „Hamletem” – te wszystkie niemal
komiksowe opowieści, te zwykłości: że Hamlet z Wittenbergi przyjechał do
domu, że poszedł z kwiatami na grób ojca, że odbyło się przyjęcie, że
kogoś poznał, że gdzieś tam na balu pito itd., te wszystkie banalne
zdarzenia stwarzają sytuację, dzięki której bohater w pewnym momencie może
się „uskrzydlić i odlecieć”.
J.B.: — Rozumiem, że te konkrety
codziennego życia należy pojmować jako punkty łączące akcję, że są to
niejako informacje dla widza o przebiegu zdarzeń.
H.T.: — Gdyby owo pokazanie konkretów
codziennego życia miało służyć łączeniu akcji w celu poinformowania widza
li tylko o przebiegu i kolejności zdarzeń – nie miałoby to większego
sensu. W moim odczuciu te właśnie sceny charakteryzują postaci, służą idei
całości i wyrażają się właściwą dla pantomimy formą. Dlatego trochę
bym się bał takiej ostrej klasyfikacji dramatu i pantomimy, jaką zaproponował
Pan w swoim pytaniu.
J.B.: — Nawet przy założeniu, że zarówno
jedno, jak i drugie należy do konwencji teatru i przy wszelakim przenikaniu,
uzupełnianiu się na wielu różnych płaszczyznach teatru dramatu i teatru
pantomimy ciągle jednak mówimy: to jest pantomima, ale tamto już nią nie
jest. Jednak na czymś te różnice muszą polegać. Mnie się wydaje, że w
pantomimie chodzi w końcu o to, żeby widza tak orientować w przebiegu
przedstawienia, aby mógł się dowiedzieć, jak to a to się stało, natomiast
w dramacie, dlaczego się stało. Bardziej zasadniczego wyróżnika pomiędzy
dramatem a pantomimą w tej chwili nie widzę.
H.T.: — Nie będę przeczył tej pańskiej
definicji, ale nie mogę zgodzić się na to, że nasz teatr pantomimy nie
pokazuje „dlaczego”, nie pokazuje przyczyny. Jeśli istniałyby tutaj jakieś
wątpliwości, może wynikają one z tego. że pantomima nie ma właściwie tzw.
przedakcji. To znaczy, że nie możemy opowiedzieć, co się działo przedtem
ani co się stanie potem – akcją jest tylko to, co oglądamy na scenie, i
tylko to jest rzeczywistością dramatyczną, odbieramy tylko to, co się w
danej chwili dzieje na scenie. W pantomimie nie możemy powiedzieć, co się
teraz stało za kulisami, albo, że po opadnięciu kurtyny któraś z postaci
jeszcze gdzieś pojechała i coś załatwi itd., bo nam tego nie powiedziano
podczas spektaklu. Stąd może biorą się przypuszczenia, że pantomima
pokazuje przede wszystkim „jak” i dopiero potem ewentualnie
–„dlaczego”.
J.B.: — Oczywiście, zakładając, że
można tak poprowadzić spektakl pantomimiczny, aby odpowiedź na pytanie
„dlaczego” górowała nad całym przedstawieniem teatralnym..
H.T.: — Jestem całkowicie przekonany o
takiej możliwości poprowadzenia spektaklu i uważam, że w pełni dowiódł
tego spektakl „Przyjeżdżam jutro”.
J.B.: — Z tego, co ludzie powtarzają o
Panu: protestował Pan kiedyś ostro przeciw nazywaniu Pańskich spektakli
baletami, nawet myśleć o tym nie wypadało w Pana obecności...
H.T.: — Wydaje mi się, że już samo
moje podejście do pracy nad pantomimą wyklucza nazywanie moich przedstawień
baletami.
J.B.: — A jeżeli rozumiemy balet nie
jako zbiór popisowych numerów związanych z jakąś tam akcją o charakterze
rekreacyjnym, jak to jest np. w „Jeziorze łabędzim”, ale jako
choreograficzny dramat, jako choreograficzny teatr? Mówię o tym dlatego, że
element kompozycji ruchu – to jest to, co pozwala nam mówić w ogóle o
sztuce choreograficznej – w Pana pantomimach występuje bardzo silnie.
H.T.: — Żeby naświetlić sprawę trochę
od mojej strony, posłużę się przykładem. Jeśli ktoś chciał w pantomimie
przedstawić postać kelnera, to żeby nie wiem jak go knocił, widz odbierze go
zawsze jako kelnera. Natomiast w balecie postać kelnera będzie zawsze
tancerzem, który pokazuje tę postać środkami baletowymi i przyznaję, że
nie bardzo potrafię identyfikować jej z rzeczywistym kelnerem. W balecie będzie
on zawsze metaforą kelnera, będzie zawsze postacią wypoetyzowaną. Oczywiście,
poetyzowanie jest ogromną zasługą baletu, nie budzi to we mnie najmniejszych
wątpliwości i zgódźmy się, że baletowa poezja nadaje zawsze rzeczywistej,
codziennej, zwykłej postaci charakter metafory, symbolu, przez co będę ją
zupełnie inaczej odbierał niż tę samą postać w teatrze dramatycznym.
J.B.: — Uważa więc Pan, że na
tworzenie postaci baletowego kelnera – pozostańmy już przy tym przykładzie
– wpłynie zasadniczo artystyczna nadbudowa złożona ze środków ruchu,
czysto artystycznego, przysłaniając tym samym rzeczywistą funkcję postaci?
H.T.: — Tak, bo środków artystycznych,
którymi kelner baletowy będzie się posługiwał, nie sposób identyfikować z
żadnym kelnerem na świecie, bo środki te nie nakładają się, nie są
adekwatne do wyobrażenia o rzeczywistym kelnerze.
J.B.: — A teraz ten sam kelner w
pantomimie – jak by Pan go pokazał?
H.T.: — W pantomimie już sama analiza
ruchów, poruszeń się kelnera będzie zupełnie inna, skupiona na
charakterystycznych cechach kelnerskich. To jasne, że na scenie będą one
ostrzejsze niż w rzeczywistości, ale w ten sposób uwydatnią właśnie
kelnerskość postaci.
J.B.: — W początkach Pana twórczości
pantomimicznej dawał się wyraźnie zauważyć podział na środki typowe dla
pantomimy i środki czysto choreograficzne (tj. komponowanie ruchu w przestrzeni
scenicznej). Od pewnego momentu jedno z drugim zaczęło się stapiać – nie
uzupełniać, ale właśnie przenikać i stapiać. Były po temu jakieś powody?
H.T.: — Nie, to nie było przeze mnie
zamierzone czy wykalkulowane, było po prostu wynikiem pracy, podobnych rzeczy
nie byłbym w stanie zaplanować, po prostu zacząłem inaczej pracować.
J.B.: — Może to banalnie zabrzmi, ale
czy to nie było tak zwane szukanie nowych środków wyrazu?
H.T.: — Nie, nie było.
J.B.: — Coś się może dla Pana w
teatrze zdewaluowało?
H.T.:— Nie. Uważam, że środki
baletowe czy taneczne, które nieraz stosuję...
J.B.: — Nie chodzi mi o to, że stosuje
Pan nieraz arabeski, że ktoś tam w spektaklu wykonuje skoki, kręci piruety
czy kółka w powietrzu itd. – myślę o choreograficznie komponowanym ruchu,
o całych jego sekwencjach, całych blokach czysto choreograficznych, wypełniających
nieraz sporą część spektaklu pantomimy. Myślę tu także o tej jakby
przestrzennej architekturze ruchu, zresztą dość charakterystycznej w Pana twórczości.
Otóż to wszystko było kiedyś wyraźnie oddzielone, często po prostu innym
planem scenicznym, od samej i tak często przecież „czystej pantomimy” tak
było w „Dzwonniku z Notre-Dame”, w „Labiryncie”, w „Odejściu
Fausta”...
H.T.: — Oto, jakie są czasem tego
przyczyny: scena Nocy Walpurgii w „Fauście” sama jakby sugeruje konieczność
rozwiązań choreograficznych; jeśli ma to być pęd czarownic, wrażenie to można
naturalnie uzyskać przy pomocy choreografii zespołowej. Stąd też ta właśnie
część „Fausta” może wydawać się bardziej choreograficzna niż,
powiedzmy, spotkanie Fausta z Małgorzatą w ogródku, te wszystkie do niej
zalecanki z perełkami. Mimo wszystko wydaje mi się, że cały czas pozostajemy
w obrębie tej samej dramaturgii, chociaż dana scena narzuca takie lub inne
rozwiązania natury formalnej. Naturalnie, że to ja dokonuję wyboru środków
zarówno dla zbudowania całości przedstawienia, jak i dla poszczególnych
scen, dlatego też nie twierdzę, że są to rozwiązania jedyne. Nie mam i
nigdy nie miałem żadnej recepty na robienie pantomimy. W czasie kiedy robiłem
„Odejście Fausta”, akurat takie środki wybrałem – nie wiem, czy dzisiaj
podejmując ten sam temat posługiwałbym się tymi samymi.
J.B.: — Dla swoich przedstawień
pantomimicznych sam Pan opracowuje wszystkie tematy i libretta?
H.T.: — Tematy opracowuję na podstawie
wzorów literackich. Nie mam aż takich ambicji, żeby samemu wymyślać
scenariusze, wolę oprzeć się, na cudzym tekście, któremu bardziej ufam...
J.B.: — Potrafi Pan uchwycić czy nazwać
taki moment: właśnie ta sprawa, ten temat mnie zainteresował?
H.T.: — Wszystko jest wynikiem pewnych
zainteresowań, czasu, w którym dzieje się to, a nie co innego, również
pewnych lektur, którymi się aktualnie zajmuję. Są tematy takie, jak np.
„Hamlet”, które mnie od bardzo dawna frapują. Choć o ostatecznym kształcie
„Hamleta” zdecydował dopiero rok, w którym wziąłem go na warsztat.
J.B.: — Zdarzyło się, że szukał Pan
jakiegoś tematu specjalnie dla kogoś; czy z myślą o którymś z wykonawców
zdecydował się Pan zrealizować pantomimę?
H.T.: — Na jakieś zamówienie?
J.B.: — Nie, dla któregoś z aktorów
czy dla całej grupy artystów.
H.T.: — Nie, nigdy tego nie robiłem.
Natomiast rozpisując dla siebie, dla swojej pracy choreograficznej poszczególne
sceny, myślę, oczywiście, o całym zespole. W każdej mojej pantomimie bierze
udział cały zespół i zawsze wszyscy są zajęci.
J.B.: — Czy nie zdarza się Panu
interesować tzw. życiowym, ludzkim problemem czy sprawą, a po przeczytaniu
jakiegoś tekstu stwierdzić nagle: to jest właśnie tekst, przy pomocy którego,
mógłbym rozegrać sprawy, które mnie nurtują, niepokoją, interesują...
H.T.:
— Wie Pan, właściwie zawsze interesowała mnie przeciwstawność światów,
z tego powstają działania obrazowo najbardziej mnie interesujące. Na przykład
w „Sporze”: przeciwieństwa na płaszczyźnie kultura – natura. Te dwie
sprawy eksplikują się najczęściej poprzez dekadencję, a więc i sprzeczności.
J.B.:. — Przeciwnością w takim ogólnym
pojęciu, tzn. po jednej stronie dobro a po drugiej zło?
H.T.: — Ach, aż tak to nie, skądże
znowu!...
J.B.: — Po prostu zderzenie dwóch spraw
rodzi jakiś konflikt? Czy też może: dobro oglądane z innej strony nie jest
już takim dobrem?
H.T.: — Wie Pan, w „Sporze” coś z
tego chyba jest. Przeciwstawiłem sobie dwa światy. Z jednej strony książę,
księżna i cały dwór, czyli świat kultury i zarazem dekadencji, z drugiej
strony niewinność młodych ludzi – zupełnie czysta, biała, nie zapisana
karta, jakby dzieci natury rekonstruujące raj. I teraz następują wzajemne
relacje tych dwóch światów: poprzez współdziałanie, aż do ingerencji. Bo
te dwa światy muszą ze sobą w którymś momencie się spotkać, i jeden musi
ingerować w drugi – no i co tam dalej z tego wyniknie, nie będę przecież
wszystkiego opowiadał.
J.B.: — Interesuje Pana to, co widz z
tego zrozumie?
H.T.: — Nie jestem w stanie cokolwiek
zrobić w teatrze nie myśląc o widzu. Widz jest dla mnie podstawowym faktem w
teatrze.
J.B.: — Ma Pan także inklinację do
wychowywania widza?
H.T.: — Jak Pan to rozumie?
J.B.: — No choćby tak, jak to wymyślił
Ryszard Wagner: przyszliście do teatru, więc daję wam dzieło i póki go nie
zrozumiecie, niczego więcej wam nie pokażę...
H.T.: — To, co powiedziałem o widzu,
powiedziałem w kontekście dzisiejszej niemalże tradycji, która pozwala na
robienie teatru z zupełnym pominięciem widza. Byłem kiedyś świadkiem
konferencji, w której uczestniczyło sporo teoretyków i krytyków teatralnych.
Charakterystyczne, że oni cały czas mówili o teatrze, ale ani razu nie
wspomnieli o widzu. Widz był przez nich absolutnie ignorowany, jakby teatr miał
tylko sceną, a nie miał widowni — stąd moja odpowiedź na pytanie o widza.
Natomiast sprawy wychowawcze... myślę, że współczesnemu teatrowi przypada
ważna rola kształtowania widza.
J.B.: — Prawdę powiedziawszy myślałem
w tym miejscu trochę o czym innym – posłużę się więc przykładem. Załóżmy
sytuację, w której daje Pan nową premierę pantomimy i teraz – opadła
kurtyna, wszyscy widzowie wstają i mówią: „Myśmy nic z tego, co pan nam tu
pokazał, nie zrozumieli”; a Pan na to: „Dobrze, przyjdźcie za tydzień, ja
tymczasem to przedstawienie tak przygotuję, żebyście je zrozumieli”. Zrobiłby
Pan taką rzecz w swoim teatrze pantomimy?
H.T.: — Nie wiem... Ale mam już do
siebie przynajmniej tyle zaufania, by realizując pewne swoje przemyślenia być
przekonanym, że nie trafią one zupełnie w próżnię.
J.B.: — Przepraszam, wymyśliłem przykład
dość skrajny, ale oczywiście chodzi o zrobienie spektaklu w najlepszych
intencjach, z tym jednak, że widz nic nie zrozumiał, nic z tego, o czym Pan myślał,
do widza nie dotarło.
H.T.: — Nie wiem, czy poprawiłbym taki
„niezrozumiały” spektakl, może w ogóle nie umiałbym go poprawić. Ale w
każdym razie uważałbym, że zrobiłem knot – gdyby widzowie przyszli i
powiedzieli: „Ni czorta nie wiemy, o co mu chodzi”. Nie jeden widz, lecz
generalnie...
J.B.: — Oczywiście generalnie. I wcale
nie chodziłoby o to, że zrobił Pan knot, w żadnym przypadku. Po prostu, po
przedstawieniu widzowie mówią: „Przyszliśmy do teatru, chcieliśmy coś
zobaczyć, usłyszeć, ale niestety, nic z tego nie rozumiemy”. I wcale nie
chodzi o jakieś drastyczne spięcie na linii twórca – odbiorca. Widz po
prostu chce, aby mu to samo opowiedzieć inaczej, niż w danym przypadku zostało
opowiedziane.
H.T.: — Nie wiem, powiedzieć tylko:
„tak, spróbuję poprawić to, co już zrobiłem”, wydaje mi się za mało...
J.B.: — No, powiedzmy, przeprowadziłby
Pan z widzami rozmowę: „Dobrze, spróbuję wam wytłumaczyć, zagrajmy to
samo jeszcze raz”, albo: „Powiedzcie, czego nie rozumiecie...”.
H.T.: — Nie bardzo wiem, jak bym
zareagował, trudno coś powiedzieć na ten temat generalnie. Musiałbym być
rzeczywiście przekonany, że jestem niezrozumiany. Przecież Pan wie, że
percepcja widza jest czasem bardzo różna, zależna od stopnia inteligencji,
wrażliwości, wyobraźni. Więc tyle różnych czynników składa się na to,
czy widz zrozumiał i jak zrozumiał.
Często słyszę, że widz ma swoją własną
interpretację, która zupełnie nie była brana pod uwagę przy powstawaniu
spektaklu. Ja tej interpretacji nie neguję, przeciwnie, uważam, że jest ona
zdobyczą samego widza – to może i piękne, że potrafił on w danym
spektaklu po swojemu zobaczyć przedstawiane przez nas sprawy. Może to jest właśnie
ten istotny walor i bogactwo pantomimy, która omijając słowo, nie jest
jednoznaczna, otwiera znacznie większy margines dla wyobraźni i indywidualnej
wrażliwości widza, niż to zostało przez nas założone. I doprawdy nie mógłbym
odpowiedzieć konkretnie: tak, zmieniłbym gotowy spektakl, lub nie – nic nie
zmienię, bo musiałbym wiedzieć, jaki jest to widz i czy rzeczywiście
dokonane przeze mnie zmiany są koniecznie potrzebnie. Jak malarz namaluje obraz
i potem ktoś mu powie: „Ja nic z tego nie wiem, coś tu namalował”, to on
nie przyjdzie z pędzlem i nie zacznie obrazu przemalowywać – zostawi go...
J.B.: — Powiedział Pan kiedyś:
„Artystów ogarnia coś na kształt zażenowania, obezwładniającego
zawstydzenia, gdy stoją wobec konieczności przekazania prawdziwych uczuć
przez słowa... Cóż, kiedy słowo staje się wobec nich bezradne, narzuca fałsz,
jest sztuczne, zakłamane. I tu właśnie na, tym polu gdzie kapituluje słowo
– pojawia się ruch. Ruch omijający drażliwość słowa pokazuje to, czego słowo
ukazać się lęka”.
H.T.: — Rzeczywiście, kiedyś tak mówiłem,
ale był to może okres w mojej pracy tzw. burz i naporów. Niemniej nigdy ze słowem
nie walczyłem, nigdy też nie dążyłem do przeskoczenia pantomimą słowa,
ani nie uważam, że sztuka pantomimy jest więcej warta niż sztuka słowa.
Nadal uważam, że podstawowym środkiem komunikacji międzyludzkiej jest słowo.
Natomiast to, co Pan w tej chwili zacytował, powiedziałem wiele lat temu,
dzisiaj może już bym tego nie powiedział albo powiedział inaczej, bo od
tamtego czasu zdobyłem już inne, nowe doświadczenia.
W samej sztuce też się sporo od tamtego
czasu zmieniło. Wtedy przede wszystkim w literaturze istniały dość silne
tendencje do pokazywania dewaluacji słowa – dzisiaj tego już nie ma.
J.B.: — W tej Pana wypowiedzi sprzed lat
jest jednak coś, co nie straciło chyba aktualności, mianowicie: „ruch
omijający drażliwość słowa pokazuje to, czego słowo ukazać się lęka”.
Czy nie sądzi Pan, że wypowiadając słowa…
H.T.: — „Kocham cię” – na przykład.
J.B.: — Tak, człowiek może czuć się zażenowany, usłyszawszy dźwięk własnych słów. Może rzeczywiście, dziś także, lękamy się wypowiadanych słów, które, oznaczają dla nas odsłonięcie się, zajrzenie gdzieś w głąb samego siebie i wówczas z pomocą przychodzi ruch, gest pozwalający coś prawdziwego wyrzucić z siebie czy ujawnić coś głęboko skrywanego. Jak Pan sądzi?
H.T.: — Może nie aż tak dalece, ale
powiedziałbym, że nam dla wyrażenia pewnego uczucia w stosunku do drugiego człowieka
łatwiej jest dziś zrobić jakiś gest, jakiś ruch, aniżeli to powiedzieć.
Jest chyba coś ogólnie wspólnego w naszej epoce, że trochę wstydzimy się
uczuć. To, co kiedyś powiedziałem, dotyczyło właśnie wyrażania uczuć —
jak gdyby zapomnieliśmy o nich, jakbyśmy oduczyli się ich wyrażania.
J.B.: — Opowiedzieć drugiej osobie o
swoich uczuciach – to ma Pan na myśli?
H.T.: — Tak, opowiedzieć drugiej osobie
o swoich uczuciach albo w ogóle je wyrażać. To, co romantyzm jeszcze w pełni
posiadał, nie jest już dziś naszym udziałem. To chyba w swoim czasie było
powodem skłaniającym mnie do takiej wypowiedzi. Dzisiaj widzę te sprawy już
trochę inaczej i chyba teraz już bym tego nie powtórzył.
J.B.: — Może zrobienie czegoś bez
opowiadania o tym przychodzi nam dziś łatwiej?
H.T.: — Zawsze zrobić do kogoś, o tak
(Henryk Tomaszewski kiwa ręką komuś w oddali na pożegnanie) jest łatwiej
aniżeli powiedzieć: „słuchaj, może się już więcej nie zobaczymy...”.
PRZYPISY
(1) W przedmowie do pracy Janiny Hery „Z dziejów pantomimy”
[Artykuł
ten ukazał się wcześniej w książce Jana Berskiego,
„W teatrze dźwięku i ruchu”, Bydgoszcz 1985